Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

Leżące łąki i podróbka Arcyklejnotu (Another Equestria cz. 3 i na pewno ostatnia)

Witam!
Niezmiernie uradowana uwolnieniem się od zuego opka o miłości do... znanej osoby, zaczęłam szukać nowego materiału. Prędko jednak zaniechałam czynności, bo przypomniałam sobie, że nie wszystkie sprawy, które zostawiłam za sobą, zostały w pełni załatwione. Nie, to nie są refleksje na tle filozoficznym, tylko uzmysłowienie sobie faktu, że przerwa w analizowaniu treści bloga o zagrożonym świecie kucyków zrobiła się niepokojąco długa.
Tak więc witam was w reaktywowanej analizie opka Another Equestria!
No cóż, wypadałoby nieco odświeżyć fabułę tego tworu... Z początku takowej nie ma, ale z czasem doczekaliśmy się pojawienia się głównej bohaterki - małej klaczki, która uprzednio porzucona przez hordę potworków zostaje przygarnięta przez equestriańskie księżniczki, które po latach postanawiają uwolnić dwóch przyjaciół z lochów podmieńców. Cała akcja przebiega gładko, aż tu nagle kompania zostaje przeniesiona na pustkowie. Poznają tam alchemika i czarodziejkę, którzy jako ich nowi przewodnicy prowadzą ich do siedziby elfów. Akcja zakończyła się przystaniem jednego z nich na pomoc drużynie w powrocie do Equestrii.
Brzmi ciekawie? Zapraszam zatem do przypomnienia sobie, dlaczego ta historia trafiła pod mój warsztat.
Link: anotherequestria.blogspot.com
Analizowała Deni

Rozdział 23
"Marepony"

 Dzięki temu tytułowi przypomniałam sobie, że ta autorka ma słabą rozwiniętą wyobraźnię do spraw wymyślania nazw i  imion bohaterów.

-Dlaczego nie śpisz - zapytał się Tempus - rozumiem że jesteś księżniczką nocy, ale musisz odpocząć, nie wiemy co nas czeka.
-Jak mam spać? Miałyśmy was uwolnić i miałobyć dobrze, tymczasem wyrazy wymknęły się spod kontroli i zlepiają się ze sobą! jesteśmy tutaj, na początku niebezpieczeństw - odpowiedziała - oprócz tego boje się o Crystal coś w niej jest, coś tajemniczego, a żeby było tego mało martwię się, że znowu cię stracę.
-Nie martw się po tym wszystkim będzie dobrze, elfy i inne dobre kucyki wrócą do Equestrii, a potem, po wielu latach urządzimy ślub, jeśli oczywiście dalej chcesz? - zwątpił w to przez chwile granatowy alikorn.

Ekhm, przepraszam, ale skąd nagle wzmianka o ślubie? Cóż, nie wiem jak to widziała autorka, ale ja mam dwie teorie: Tempus oświadczył się Lunie podczas wyprawy Kompanii Alikorna do królestwa elfów, co nie zostało opisane, albo w magiczny sposób obydwoje trafili do tego samego snu, czyli wizji księżniczki. Druga opcja nie jest taka głupia, bo w serialu zostało ukazane, jak Luna przybywa do Sweetie Belle we śnie, żeby uświadomić jej ważną prawdę o konsekwencjach sabotażu wobec siostry (For Whom the Sweetie Belle Toils).
Tyle że autorka nie raczyła wspomnieć ani słowem o czymś takim, więc można tylko lać wodę.

-Jasne że chce, ale nie wiem czy dożyje - zaczęła płakać Luna.

 Pewnie jeszcze używała ogonków z "ę" jako chusteczek; jednym ogonkiem wycierała łzy, a drugim wydmuchiwała nos.

-Zawsze trzeba mieć nadzieje - powiedział - zostanę tu z tobą.
Rano wyruszyli.
-Przed nami "Straszna Puszcza" - powiedział elf - nie będzie tam bezpiecznie, ale i tak to najlepsza droga.

Straszna Puszcza. Ktoś tu ewidentnie próbuje naśladować Tolkiena, jednak porównawszy to i owo, "Mroczna Puszcza" brzmi jak coś wyszukanego i narodzonego przez olśnienie mistrza.

 -Właściwie kogo się obawiamy? - zapytała się Rainbow Dash, ale to były jej ostatnie słowa.
W tym momencie Rainbow Dash, Fluttershy, Pinkie Pie, Applejack, Rarity i Twilight Sparkle, tak jak Fire, Water, Earth, Air i Energy, zostały wchłonięte przez Crystal.

No, w sumie to chyba dobry pomysł, by większość bohaterów zeszło z planu, bo autorka kompletnie nie ma co z nimi począć. Twilight Sparkle coś tam popchnęła fabułę, czasami odezwała się Rainbow Dash, raz nawet Futtershy rzuciła zdanko, ale za to reszta to zwykłe zapychacze.

-Boimy się shadowponies, łatwo je rozpoznać po długich czarnych pelerynach i braku znaczka, sługusów Marepony, najgorszej i najstraszliwszej klaczy w dziejach - odpowiedział bardzo zdziwiony sytuacją z przed momentu Prudentes

Wierzcie albo nie, ale to jest totalnie postać wzorowana Legolasem z ekranizacji "Hobbita", jeszcze zanim film zaczął istnieć - błękitnooki blondas bez osobowości, który tylko nieco się zdziwił zatraceniem kompanek podróży. Pewnie jego reakcja byłaby niewiele lepsza, gdyby wszystkim sześciu klaczom ni stąd ni zowąd głowy wyleciały w powietrze.
No i serio? Reszta drużyny także stała jak te kołki podczas całego zdarzenia, a potem o wszystkim zapomniała? Zaraz... Aha. Kapitan Oczywistość podpowiada mi, że tak.

 - pokonanej 10000 lat temu, ale legenda głosi, że jej duch przeżył, a po wielu latach ciało się odrodzi, ale poprzedni wygląd przyjmie dopiero kiedy będzie miał odpowienią ilośc mocy i dusza ją znajdzie.

Świetnie, autorko, może jeszcze pojawi się starożytny artefakt, który ma w sobie duszę tej całej Marepony i trzeba będzie go zniszczyć, wrzucając do wulkanu ze skondensowaną magią przyjaźni zamiast lawy?
Coś ci powiem: jak chce się napisać fanfik o Władcy Pierścieni, to się pisze o postaciach z Władcy Pierścieni, a nie miesza z kucykami, do jasnej szmurwy! Przynajmniej imiona bohaterów nie byłyby bez sensu!

 -W lochach było nas 18, a teraz jest nas 10 razem z tobą, Zygmuntem i Mirandą - powiedziała Celestia - mam nadzieje, że ta liczba już nie zmaleje.

A ja mam nadzieję, że ta liczba nie wzrośnie, bo autorka nie umie ogarnąć fabularnie więcej niż cztery postacie na raz.

 -Crystal wchłonęła tylko nieprawdziwe alikorny, stworzone lub zmienione zaklęciem, przez co ze słabszą mocą - powiedział Star Swirl the Bearded [...]
-Obawiam się, że ta liczba zmaleje - powiedziała przerażona Cadence - ja urodziłam się jako pegaz, mnie też wchłonie.
-Nie sądzę - odpowiedział brodaty jednorożec - zapomniałaś o Shining Armorze i sile waszej miłości, narazie jesteś bezpieczne.

Co się ma siła miłości do możności Crystal do wciągnięcia w siebie "nieprawdziwych" alikornów? Twilight i jej przyjaciółki mają Magię Przyjaźni, a i tak nie uniknęły pochłonięcia.

[Miranda proponuje stworzenie amuletu, który zablokuje umiejętności czarowania i lotu, żeby Crystal nie mogła nikogo wchłonąć. A tak przy okazji, to co się z nią stało?]

Rozdział 24
"Straszna Puszcza"
W puszczy było cicho i ciemno. Szli tam bardzo długo, aż nagle Prudentes coś zauważył. Zaatakowały ich shadowponies. Wszyscy byli w szoku, oprucz Prudentesa, który był przyzwyczajony do tego, że mogą zaatakować, więc w krótkim czasie zestrzelił wszystkich.

Wcale mnie to nie dziwi. Serio, można było przewidzieć tę sytuację, odkąd Prudentes oświadczył, że będzie prowadził naszych bohaterów przez Puszczę. Z resztą czemu autorka od razu nie nazwała go Legolasem? Obaj różnią się tylko gatunkiem!


Suprise!
 -Może być ich tu więcej - powiedział elf - wybierzemy się do miejscowego kowala, przyda wam się coś do obrony.
Kiedy doszli każdy mieszkaniec Equestrii wybrał sobie miecz.

Tutaj bezczelnie nasuwa mi się pewien znany mi tekst: "Za darmo?! W tym kraju NIC nie ma za darmo!".
To idealnie obrazuje to, co myślę o tym fragmencie, bo niby tak po prostu cała Equestria (pewnie tylko Valarowie wiedzą, skąd wszyscy mieszkańcy Equestrii się tam wzięli) przyszła do jedynego zapewne kowala na Pustkowiu i wzięła sobie miecze? Pewnie biedak musiał zwinąć interes, bo cały magazyn mu wyczyszczono, i to za bezcen.

 -Poćwiczcie trochę walkę zanim wyruszymy - powiedział Prudentes.
 W tym momencie mała Crystal wreszcie się obudziła.
-Co się stało? - zapytała

Mnie nie pytaj, sama jestem lekko zdziwiona tym, że przez półtora rozdziału spałaś i przespałaś nawet atak Czarnych Jeźdźców Marepony. Wybaczcie, ale użycie dwóch durnych nazw w jednym zdaniu to byłoby za dużo.

- Co to jest?
Celestia postonowiła wytłumaczyć jej to na osobności.
-Naprawde muszę to nosić?! - buntowała się mała klaczka.
-Przykro mi, ale tak - odpowiedziała Celestia.
Po krótkich ćwiczeniach wyruszyli w dalszą wyprawę. Crystal przygnębiona szła na końcu.

Ach, jestem taka załamana, bo kazali mi nosić wisiorek blokujący moje zarąbiaszcze moce! Co z tego, że mogłabym inaczej stanowić zagrożenie dla moich kompanów?! Biżuteria to dla mnie udręka!

 -Nie martw się - powiedział Discord wyczarowując jej uśmiechnięty balon, niestety Crystal szła nadal smutna.

Discord chciał za wszelką cenę pokazać, że jest jeszcze potrzebny w fabule, ale autorka pewnie znów o nim zapomni.

Noc już się zbliżała, więc postanowili odpocząć. Rano nikt nie mógł znaleźć śnieżnobiałej klaczki. (To zaznaczenie nieskazitelnej bieli sierści Crystal...)
-Crystal?! Gdzie jesteś?! - krzyczeli wszyscy.
-Tutaj - powiedziała zapłakana.
-Co się stało? - zapytała się Cadence.
-Tęsknię za ciocią Twilight, ciocią Rarity... - odpowiedziała, ale w tym momencie Cadence jej przerwała.
-Zapomnij o tym - powiedziała - tak będzie najlepiej, a teraz chodź, nie długo wyjdziemy z tego okropnego lasu.

Rozdział 25
"Zmiana"
Po wyjściu z puszczy przed nimi leżały do góry brzuszkami przepiękne łąki. Trawa była tam wyjątkowo zielona, wszędzie było pełno kolorowych kwiatów i płynął tam sobie strumyk.
-Jak tu pięknie - powiedziała Celestia - zostańmy tutaj na pare dni.

No proszę, naszym bohaterom wcale nie spieszy się do Equestrii. Niby im zależy, ale jak zobaczyli tę cudowną łączkę, postanowili zrobić kilkudniowy postój, no bo przecież nic się nie stanie jak przyjdą trochę później, prawda?

 I tak też zrobili. Przez pare dni wypoczywali, trenowali i zaprzyjaźnili się. Wszystkim dopisywał dobry humor, oprócz Crystal. Jej grzywa była jakby bardziej szara, tak jak sierść, oczy błyskały czasami czerwienią. Nie tylko jej wygląd się zmienił, zaczęła być niemiła i wydawała się obrażona na cały świat. Wszyscy mieli nadzieje, że jej humor się poprawi, przedłużali wypoczynek i robili co mogli by poprawić jej humor, niestety na próżno.

Crystal nie odpowiadał tamten klimat i temperatura jej ciała zaczęła opadać do temperatury otoczenia. Taki majstersztyk.

 [W końcu postanawiają wyruszyć w dalszą drogę.]

  Łąki ciągnęły się jeszcze długo, więc w tym momencie wyprawa była bardziej spacerkiem. Niestety Crystal coraz bardziej traciła humor. Jej sierść stała się szara, a przezroczysty ogon i grzywa zmętniały, przyjmując kolor jasnej szarości i błyszcząc raczej na czerwono, rzadziej na tęczowo, oczy w cieniu wydawały się czerwone, a tęcza na jej boku wydawała się szara.

 Tutaj obserwują państwo proces przygotowywania się smokuca do zrzucenia swojej starej skóry zwanej naukowo wylinką; osobnik robi się apatyczny i przestaje jeść, a jego oczy zaczynają błyszczeć na czerwono w celu odstraszenia drapieżników, dla których miękki i bezbronny smokuc mógłby być łatwą zdobyczą.

 Z dnia na dzień coraz bardziej się zmieniała. Aż pewnego dnia jej transformacja dobiegła końca. Najpierw otoczyła ją czerń, następnie z mroku wyszła dorosła klacz, prawie tak wysoka jak Cadence, całkiem czarna, z szarą grzywą i ogonem świecącymi się na kriwstoczerwono, oczy były tego samego koloru, na boku tęcza stała się szara i pojawiły się ostre kły.

Autorko, nie musiałaś pisać po raz kolejny, że uroczy znaczek zrobił się szary. Większość czytelników załapała, gdy pierwszy raz to napisałaś.
Kriwstoczerwony? Co to za kolor? I jakim cudem szare grzywa i ogon świeciły na ten kolor?

Rozdział 26
"Ucieczka"
Kiedy jej źrenice stały się takie jak u smoka, Prudentes sięgnął po strzałę i prawie jeą wystrzelił, ale Luna mu przerwała.
-Nie róbcie jej krzywdy! - krzyknęła - przecież to nadal Crystal!
-Crystal? - odpowiedziała - CRYSTAL?! Jestem Marepony! Podajcie się a nic wam sie nie stanie!

W tym momencie kompania zgłupiała, bo nie mieli pojęcia, jak mają się podać. Owszem, można podać komuś piłkę w czasie gry, ale jak tu podać siebie?

  W tym momencie Miranda rzuciła na nią zaklęcie, które ją na chwilę zatrzymało. W tym momencie zerwali się do biegu.
-Biegnijmy jeszcze chwile! - krzyknął elf - niedaleko granica pustkowia, może uda nam się bez niej wyjść!

Bez tej granicy? Cóż, jakby tak dłużej pomyśleć, może chodzić o to, że wyjdą bez Crystal, ale zapis wskazuje jednak na wyjście bez granicy.

 Po chwili przed nimi pojawiło się magiczne pole ochronne. Wszystkim udało się wyjść.
-Zniszczmy wszyscy osłonę! - krzyknęła Miranda.
-Ale wtedy uwolnimy Crystal! - powiedziała Celestia - Nie wiem czy to bezpieczne!
-Prędzej czy później i tak wyjdzie - odpowiedziała.

Jakby było "she" zamiast "he", byłoby idealnie.
 Skoro Crystal w końcu przedostałaby się przez barierę, to po co ułatwiać jej zadanie?! Pewnie bardzo mądra kompania nie pomyślała, że rozsądniej byłoby spróbować wzmocnić granicę i choć na pół minuty dłużej zatrzymać wroga. Ale nie, do łbów przyszło im najbliższe śmierci rozwiązanie.

Wszyscy robili co mogli by zniszczyć osłonę i udało się.
-Wracajmy szybko do zamku! - krzyknęła Luna - Musimy wszystkich ostrzec i dowiedzieć się co zrobić by odzyskać Crystal. Gdy dotarli do zamku wszystko było tam takie samo i mogli się cieszyć chwilowym spokojem.

Ta chwila byłaby zdecydowanie dłuższa, gdybyście zrobili to co proponowałam wyżej.

Rozdział 27
 "Narada"
Kiedy już wszyscy ochłonęli po wczorajszym wydarzeniu postanowiono się naradzić co dalej.(Bezczelnie przy tym łamiąc obowiązek przekazania czytelnikowi informacji o zmianie pory, np. "Wkrótce nadszedł wieczór i wszyscy poszli spać.") [...]
 -Niedługo, może nawet szybciej niż myślimy, Crys... - tu Celestia przerwała - Marepony zaatakuje.
-Zesłanie na księżyc lub na słońce nic nie pomoże - powiedziała Luna - nosi w sobie dwanaście elementów harmonii, nie mamy czym ją odmienić.
-Alikorna nieda się zabić, więc musimy jej odebrać moc - powiedziała Cadence - tylko jak?
-Jest pewne zaklęcie - odpowiedziała Miranda - bardzo trudne zaklęcie i potrzebujemy jakiejś rzeczy do której przyniesiemy moc.
Luna wyjęła coś ze swojej torby. Był to mieniący się każdym kolorem tęczy, przepiękny, duży kryształ.
-To jest greatcrystal - powiedziała pokazując go wszystkim - myśle że jej moc zasługuje na jakieś ładne więzienie.

 Chyba nie warto pytać, skąd nagle Luna wzięła ten kryształ, ale ja żądam wyjaśnień, dlaczego autorka bez skrupułów stworzyła podróbę Arcyklejnotu?! I czemu ta podróba ma tak okropną nazwę?!

[Narada zostaje podsumowana tym, że trzeba odebrać Marepony moc. No na prawdę, Sherlocki?]

Rozdział 28
 "Pokonanie Marepony"
Najpierw pojawiły się shadowponies. Po chwili armia królewska na czele z Shining Armorem i Prudentesem do walki. Miranda, Zygmunt i Star Swirl zajęli się rannymi. Potem pojawiła się Crystal. Siejąc spustoszenie wsród kucyków. Potym pojawiły się Celestia, Luna, Cadence, Locus i Tempus. Księżniczki dnia i nocy zaczęły rzucać zaklęcie. Magia Marepony została uwięziona w krysztale, a reszta po chwili rozpłynęła się. 


Cóż, krótko i zwięźle, ale kompletnie nic z tego nie rozumiem. Chyba tylko tyle, że szybko uporali się z odebraniem Marepony magii. Czemu mnie to nie dziwi?

  Księżniczki postanowiły udać się do każdego zakątka Equestrii, żeby powiadomić wszystkim o swoim powrocie. Niestety miasta były wyniszczonego przez Marepony i shadowponies.

Co... Co? To ilu było tych najeźdźców, że w ciągu dnia rozwalili cały kraj?! Armia Mordoru pięć razy wzięta? A może w tym przypadku armia Maredoru? *dabum tss*

[Mija dobrych parę latek, podczas których Equestria zostaje odbudowana, powstają elfie miasto i komnata na kryształ, a wszystkie przykre wydarzenia, nawet te z serialu, uchodzą w niepamięć. Jednak tutaj opko, o zgrozo, jeszcze się nie kończy. Kolejny rozdział to koszmar senny Luny zwiastujący powrót Marepony. Księżniczki idą do kryształu, który zmienił w tym czasie kolor.]

Rozdział 30 
"Powrót"
Z kamienia zaczął wypływać czarny dym. Powoli formował kucyka, Marepony. Za chwilę stała przed nimi. Teleportowała się szybko i zaczęła siać spustoszenie. Po chwili udało im się ją dopaść i postanowiły spróbować odzyskać Twilight i jej przyjaciółki. Celestia i Luna rzuciły bardzo trudne, potężne zaklęcie na nią, ale się udało.

Bardzo zdziwilibyśmy się, gdyby arcytrudne zaklęcie nie wyszło naszym arcymocnym księżniczkom, no bo przecież wszystko im zawsze pięknie wychodzi, tylko autorka nas tak straszy. Nie ładnie!

Przy okazji odzyskały też władczynie żywiołów, które momentalnie zaczęły naprawiać szkody wyrządzone przez żywioły. Marepony zaczęła bladnąć. Jej oczy odzyskoły dawny wygląd tak jak znaczek i cała reszta. Przed nimi stała dorosła Crystal. Po chwili padła na ziemię jak zabita.[...] Kiedy Crystal się obudziła nic nie pamiętała, ale jak dowiedziała się o tym co zrobiła, zaczęła płakać. [...] Greatcrystal został umieszczony w jej pokoju tak, że padające na niego światło roświetlało jej pokój wszystkimi kolorami tęczy. W Equestrii jednak nie było spokojnie, ponieważ wszyscy bali się, że kolejna księżniczka stanie się zła, ale wizyty księżniczek w każdym mieście uspokoiły mieszkańców.

Cóż, ogólnie szacun, że chciało im się latać po całej Equestrii z apelem o spokój, ale na Bora, co za nudy! Możliwe, że to z powodu całokształtu tworu, nie wiem, ale to jest zwyczajnie nudne! Najchętniej to bym ucięła następne trzy rozdziały i zakończyła analizę, ale są pewne aspekty, które chciałabym przytoczyć za jakiś czas.

[Pisałam coś o cięciach rozdziałów? Niestety to konieczne, bo zaś pojawiają się jakieś moce, Celestia staje się lubiana, a Luna nie, społeczeństwo dzieli się na wyznawców dnia i wyznawców nocy, krótko mówiąc: nobody cares.]

Rozdział 32
  "Powrót do przeszłości"
W Equestrii działo się coraz gorzej, obawiano się wojny. Siostry pierwszy raz od paru lat postanowiły urządzić zebranie.
-Próbowałyśmy zatrzymać to co dzieje - powiedziała Celestia - bezskutecznie.
-Musimy wrócić do przeszłości - odpowiedziała Luna - zmienić to.
-Jak? - zapytał się Locus.
-Spytaj się brata - odpowiedziała.
-Ale co jeśli mi się nie uda - powiedział szybko Tempus.
-Nie mamy innego wyjścia - zakończyła Celestia.
Wyprawa była olbrzymim ryzykiem, więc wybierali się tam tylko Luna, Celestia, Tempus i Locus.
Królewskie siostry miały ostrzec siebie przed tym co może się stać, a Locus i Tempus mieli siebie odciągnąć od księżniczek. Tempus zaczął rzucać zaklęcie. Udało się, teraz trzeba tylko znaleźć swojego odpowiednika wprzeszłości. Misja ta ku zaskoczeniu wszystkich poszła jak po maśle.

Nie, wcale nie ku zaskoczeniu wszystkich. Mnie ta rewelacja w ogóle nie poruszyła.

  Postanowili wrócić do własnego czasu. Przenieśli się i zostali złapani w pułapkę. Złapała ich... Marepony.
-MYŚLAŁYŚCIE, ŻE MOŻNA MNIE POKONAĆ?! - krzyknęła Crystal - tamtego dnia udało mi się podsłuchać, i oczekiwałam dnia, kiedy mieliście wrócić.

Powiem krótko:

  Rozejrzały się dookoła. klatka była odporna na jakąkolwiek magię, ale wokół nich było więcej takich klatek. W nich była Cadence, nosicielki elementów harmonii i żywiołów, Shining Armor, Discord, Miranda, Zygmunt, Star Swirl, a nawet Somra i Chrysalis. Naszczęście był jeszcze ktoś kto mógł ich uratować.

 Rozdział 33
 "Urbs Pacis"
Sala w której byli uwięzione była dobrze strzeżona. Nie było szans żeby się dostać. Equestrię coraz bardziej pochłaniał mrok, a jej mieszkańcy tracili nadzieje. Tysiąc dni od zniewolenia władców Equestrii, ktoś się wreszcie pojawił. Był to Prudentes z kluczami do klatek.

Nieustraszony Legolas wkracza do akcji! Pewnie powalił strzałami z łuku dziesiątki strażników, zanim ot tak wszedł sobie do komnaty, w dodatku dzierżąc klucze! Albo... zwyczajnie przyszedł, a kluczyki wisiały przy wejściu i miały przy sobie karteczkę z napisem: "Weź nas, uwolnij tych durniów i zakończ opko!".

Otworzył je szybko i teleportował ich gdzieś.
-Dlaczego trwało tak długo!? - krzyknęła Rainbow Dash.
-To miejsce w którym jesteśmy to jedyne miejsce w którym mamy trochę czasu i jesteśmy bezpieczni, niestety dostać się do niego można tylko w określone dni - odpowiedział spokojnie elf.

Rainbow Dash odburknęła coś niezrozumiale, w głębi duszy dziękując autorce za kolejny pojedynczy tekst nie wnoszący nic do fabuły, ale udowadniający jej obecność w tym opku.

-Właściwie to gdzie jesteśmy? - zapytała się Twilight, także składając w myślach modły dziękczynne.
-Witajcie w Urbs Pacis, nieśmiertelnej krainie, stolicy elfów - powiedział Prudentes - jesteśmy poza Equestrią i tutaj Marepony nas nie znajdzie, nawet nie wie o istnieniu tego miejsca.
Było to przepiękne miejsce. Miasto z białego kamienia (Minas Tirith?) w środku niezwykłego lasu (Jednak nie.). Wokół było pełno kwiatów i pięknych roślin. Koło miasta płynęła powoli rzeka o błękitnym kolorze. Jego władcą był Dignitas przyjaciel Prudentesa.
-Qui sunt?(Kim oni są?) - zapytał się w języku elfów Prudentesa Dignitas.

 Hmm... Ten elficki brzmi podejrzanie podobnie do łaciny... A władca nazywa się jak pewna organizacja. Przypadek?

 -Hi amici mei estis ( to są moi przyjaciele) - odpowiedział - Nos postulo vestri auxilium. (Potrzebujemy twojej pomocy.)
-W takim razie witajcie w Urbs Pacis - powitał wszystkich - w czym problem?
Przez pewien czas kucyki opowiadały władcy miasta o tym co sią dzieje w Equestrii. Długo planowano co można by zrobić niestety na próżno.

 Dumali, dumali i nic nie wydumali, bo autorka porzuciła swojego bloga i nie wróciła do niego. W końcu pół roku później pewna naiwna istota trafiła na "Another Equestria" przypadkowo. Była to analizatorka-amatorka - Deni Len z Boru... Ale to już inna historia.

Z łąki przy Strasznej Puszczy pozdrawia was poznająca sztukę wchodzenia do czyichś snów Deni.

środa, 30 lipca 2014

Księżycowe oczy, ognisty Cthulhu i babsztyl, co dyrektorką był (Zdrada cz.2)

Witam!
Po kolejnej przerwie powracam do was z drugą częścią przygód Jagody Owen, która włada magią lodu i ognia oraz ma zazdrosnego chłopaka.
W tym odcinku dowiemy się, dlaczego bohaterka ma aż dwie moce, pojawią się Tró Loff i... zwierciadło Ain Eingarp oraz poznamy panią Bodine tak, że z waszych dusz znikną wszelkie oznaki sympatii do niej.
Analizowała Deni Len.

Rozdział 5
Śmierć.
   Niektórzy już ją poznali. Tak jak ja. 


Wybaczcie mi mój brak czytania ze zrozumieniem, ale (niepotrzebne skreślić):
 a) kiedy bohaterka umarła?
 b) kiedy (i czy w ogóle) w opku było wspomniane, że bohaterka zmartwychwstała?
 c) czy bohaterka to zombie?

 Gdy miałam czternaście lat poszłam sama do lasu. Nie pamiętam po co, wiem tylko, że była wtedy zima. Gonił mnie jakiś psychol.

Pierwsze kilka zdań rozdziału i już nie ogarniam. Kiedy ten psychol zaczął gonić bohaterkę? Bo wygląda na to, że gonił ją już wtedy, gdy szła do lasu. A skoro jej jeszcze nie złapał, to chyba był powolnym zombie.
Zresztą przecinek też nie ogarniał, skoro uciekł, mając w czterech literach swoją ważność w zdaniu okolicznikowym czasu.

 Wpadłam do rzeki, a on za mną. Było tam płytko, więc gdyby nie ten lód biegłabym swobodnie. Nie miałam czasu na użycie ognia. Złapał mnie za szyję i zanurzył moją głowę w wodzie. 

 Yyy... Skoro na rzece był lód, to jak psychopata zanurzył głowę bohaterki w wodzie?

Nie mogłam się bronić. Po prostu spanikowałam i zapominałam jak użyć mojej mocy. Dusił mnie, jednocześnie topiąc mój organizm. Lodowata woda naleciała mi do płuc. Nie można opisać tego uczucia. To zbyt straszne żeby to opisywać. Pamiętam, że obudziłam się plując wodą obok Kuby. Uratował mnie. Od tej pory byliśmy razem.

I tu mamy prawdopodobnie podręcznikowy przykład zakochania się od pierwszego wejrzenia. Mam prawo tak uważać, bo autorka nic nie wspomniała o tym, że opisana scena była którymś z kolei spotkaniem Jagody i Kuby.

  Tak jak każdy miałam tylko jedną moc - ogień. Po tym jak ktoś prawie mnie utopił moje oczy zmieniły kolor i okazało się, że zdobyłam drugą moc - lód. Od tej pory moje życie całkiem się zmieniło.

Wygląda na to, że odkrycie jakiejkolwiek mocy w sobie nie zmienia życia doszczętnie. Bohaterka zdobyła swoją drugą moc i jej życie się zmieniło jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy odkryła tę pierwszą. 
W dodatku zdobyła tę drugą moc podczas podtapiania przez anonimowego psychopatę. Czy ktoś obecny na sali pojmuje taki tok rozumowania? Bo ja nie.

 [Tutaj wracamy do wydarzeń z poprzedniej części analizy.] Przez te kilka sekund, gdy spadałam, stwierdziłam, że tamta śmierć byłaby lepsza. Nie wiem dlaczego, ale tak sądziłam. Byłam pewna, że to już koniec.
   Haczyłam o gałęzie drzew. Wydawały się ostrzejsze niż różnego rodzaju noże. Myślałam, że może trochę spowolnię i uda mi się przeżyć ten upadek, ale nie. Wiedziałam, że jak z taką siłą uderzę w twardą ziemię, to…
Przy czytaniu tego fragmentu przypomniał mi się odcinek "Sędzi Wesołowskiej", w którym kobieta była oskarżona o zrzucenie córki z wysokości pięciu metrów i spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu skutkującego dożywotnim posadzeniem na wózek inwalidzki.
W opku przynajmniej sprawca wybrał taką wysokość, że ofiara na pewno zginie i nie będzie biadolić przez cały odcinek. Lecz wtem...!
[...]
Poczułam uderzenie w barkach i pod kolanami.
   Ktoś mnie złapał. Ugiął kolana pod naciskiem siły mojego ciała i oboje opadliśmy na ziemię.
Mieliście nadzieję, że bohaterka umrze i autorka porzuci bloga bezpowrotnie? O nie, nie ma tak lekko! 
 Nie wiedziałam co się dzieje. Dopiero po chwili ta wiadomość dotarła do mojego mózgu i zdałam sobie sprawę, że ryczę ze szczęścia jak małe dziecko.
   Powoli otworzyłam oczy. Najpierw myślałam, że to Kuba, ale obraz się wyostrzył i zobaczyłam, że nade mną pochyla się szarooki brunet. Miał czarną, rozpiętą bluzę z kapturem na głowie.
Bluza z kapturem na głowie. Hmm... Ten chłopak ma ubranie z ewoka
 Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Jego wyglądały jak księżyc w pełni, za którym były ukryte drzwi tajemnic.
 Po prostu nie mogłam oderwać od nich oczu.
   - Ty skurw*synie! - usłyszałam głos Kuby. – Zabiję cię gnoju!
 Urzekła mnie ta cenzura. Jest jak stringi; ukrywa tak dużo, a tak mało.

   Chłopak podniósł się z ziemi, a ja zauważyłam, że Kuba rzucił się na niego.

   - Jeśli jeszcze raz będziesz się dobierał do jakiejkolwiek dziewczyny to ci nogi z dupy powyrywam!- Kuba dawał chłopakowi co chwilę ciosy w brzuch, ale ten tylko się bronił.

Tamten go bił, ale ten tylko się bronił... *rozmyśla nad ty zdaniem, ale w końcu daje sobie spokój*.

Wstałam z ziemi i odepchnęłam mojego chłopaka od niego.
   - Co ty do cholery wyprawiasz?! - krzyknęłam.

   - Gdyby nie ja ten zboczeniec by cię zgwałcił! Przecież dobierał się do ciebie! Słyszałem jak krzyczysz, a on pochylał się nad tobą! – Jego blond grzywka opadała mu na oczy. Był wściekły, chociaż miałam wrażenie, że udaje.
   - Nie! On mi uratował życie! Gdyby nie on już leżała bym martwa!

Przejęła_bym się, gdy_by słowo "leżałabym" zostało napisane poprawnie.

 Było widać, że uspokoił się, ale nadal złowieszczo patrzył na chłopaka stojącego za mną.
   - Musimy iść im pomóc –stwierdziłam –Nina sobie nie poradzi…
   - Nie, Marcin uciekł. Miałaś rację, bał się, że polegnie. Nikt nie odniósł poważnych ran. Wszyscy są cali.

Oczywiście, drodzy czytelnicy, jesteście świadomi, że w prawdziwej bójce nie byłoby nikogo, kto by nie odniósł poważnych ran, prawda?

Rozdział 6
  Nieźle dostaliśmy za ten wypad do lasu. Dyrektorka chyba pół godziny się darła, a potem wzięła tabletki na bolące gardło. Mimo moich licznych ran od szponów zmiennokształtnego i gałęzi drzew pani Bodine nic nie zrobiła. Nawet nie przejmowała się, że mogłam zginąć gdyby nie ten chłopak.

Ta kobieta naprawdę dostała się na stanowisko dyrektora szkoły? Serio?! Ludzie, w prawdziwym świecie ta baba zostałaby zawieszona na kilka lat w wykonywaniu zawodu, jeśli nie dożywotnio! 

Gośka sprawdziła czy nic mi nie jest i razem z Tomkiem opatrzyli moje zadrapania.
   Gosia i Nina uparły się, że dziś będą nocować u mnie. Nie dopuszczały do wiadomości żadnych sprzeciwów, po prostu włączył im się tryb opiekunki.
Yhy, chyba tryb zaraz-narobię-w-gacie. 
...
No co? Zmiennokształtny wciąż jest na wolności.
 Gdy szłyśmy do mojego małego mieszkanka zauważyłam chłopaka, który uratował mi życie. Opierał się o pień spróchniałego drzewa i spoglądał na mnie co chwilę.
   Dziewczyny weszły do mojego domku, ponieważ powiedziałam im, że chciałabym z nim porozmawiać. Podeszłam bliżej i zauważyłam, że w świetle księżyca był jeszcze przystojniejszy. 
 - Jeszcze nie podziękowałam ci za uratowanie mi życia- czułam się trochę nieswoja, dlatego że badał mnie od stóp do głów swoim wzrokiem.
Równie dobrze mógł badać nieswoim wzrokiem od pośladków do... Nieważne.
- Więc… dzięki.
   - Nie ma za co- lekko się uśmiechnął. Teraz głęboko patrzył mi w oczy.
   - Pierwszy raz cię tu widzę. Chyba nie chodzisz do naszej szkoły?
   - Nie dopiero co tu przybyłem z zachodniej budy.
   - Myślałam, że wasze dotarcie do tego odludzia zajmie więcej czasu… Jeszcze raz ci bardzo dziękuję,… 
 Zaraz... Z tego, co sobie przypominam, posiłki miały nadejść z południa, nie z zachodu...

-Jestem Lysander, ale mów do mnie Lys.
   - A ja Jagoda. Miło mi cie poznać. Pochodzisz z Polski? Masz zagraniczne imię, prawda?

   - Tak, ale w naszej budzie mogliśmy wybrać sobie imię, a to mi się spodobało.
Ale fajnie tam mają. Gdybym ja poszła do szkoły, gdzie można zmienić sobie imię, to nazwałabym się Nessa Tinuviel Tańcząca z Pokemonami. Dlaczego? Bo mogłabym, kto by mi zakazał?
 Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym poszłam do domku i urządziliśmy sobie nocne pogaduchy. Z moich głębszych ran pozostały tylko lekkie zadrapania, już prawie mnie nie bolały. Całą noc myślałam o Lysie. Nie mogłam go wyrzucić z głowy. Te jego księżycowe oczy…
Cóż, "księżycowe oczy" to epitet bardziej wieloznaczny niż mogłaby się spodziewać autorka. Co mam tu na myśli? Ano to, że księżyc może być nie tylko szary, ale też żółtawy, pomarańczowy, a nawet fioletowy. Czyli jest nadzieja, że któryś z bohaterów tego opka ma jednak fioletowe oczy.
 „Jagoda –myślałam –przecież ty masz już chłopaka”

 Zazdrosnego chłopaka, dodajmy.

Rozdział 7
[Od autorki] Napisałam wiersz, ale czytacie go na własną odpowiedzialność!

Jeśli ktoś się odważy to niech napisze czy mu się podoba.
Jesteście wystarczająco odważni, żeby podjąć się tego wyzwania? A zatem przeczytajcie poniższy wiersz. I nie zapomnijcie o komciu!

Ogień.
Najpiękniejsza rzecz na świecie,
Ale zarazem najniebezpieczniejsza.
Mały płomyk cieszy oko,
Ale duży wzbudza przerażenie.
Potrafi też ocalić życie,
Ale także je odebrać.
  ***
 [Tu zaczyna się fabuła.] Zbudziłam się z uczuciem wielkiego przerażenia. Otarłam twarz dłońmi i wzięłam oczyszczający oddech. I wtedy poczułam. Ogień! Wyczuwałam go. Podeszłam do okna i odsłoniłam zasłony.
 Jak zasłonisz odsłony, to przyjdź się pochwalić, chętnie posłucham.
 Cała szkoła się pali(ła)! Zacisnęłam zęby i zdałam sobie sprawę, że to nie jest gra wyobraźni. Obudziłam Gośkę i Ninę. Narzuciłyśmy na siebie kurtki i wybiegłyśmy na dwór.
   Ściany budynki lizały ogromne macki ognia.
*Parsku parsk!* No dobrze, spróbujmy ogarnąć ostatnie zdanie; widocznie macki ognia lizały (nie pytajcie, czemu macki mają języki, bo nie wiem) ściany jakiejś budynki. Ewentualnie to ściany tejże budynki miały języki, dzięki czemu mogły lizać macki ognia, czy raczej ognistego Cthulhu. Ble...
 Płomienie coraz szybciej rozprzestrzeniały się, aż w końcu las stanął w ogniu.
   Bez zastanowienia podbiegłam bliżej lasu i próbowałam opanować mój żywioł. Niestety, ogień był zbyt duży i nie dawałam rady. W oddali zauważyłam jak Tomek próbuje zagasić płomienie otaczające szkołę , a Bianka przywołuje deszcz. Widziałam również, że uczniowie z zachodniej części kraju też używają swoich mocy.
   - Drzewa płaczą! –krzyczała Gosia. –One giną!

   To było niesamowite, że miała taką więź z roślinnością.
No chyba jak ma moc natury, to powinna mieć silną więź z roślinami. Byłoby dziwnie, gdyby takowej więzi nie miała. 

 Próbowałam też tworzyć lód na pniach drzew, ale przy takiej temperaturze szybko się topił i prawie nic to nie dało.

Jak to? Jak lód się topi, robi się woda, a jak jest woda, to powinna gasić ogień, no nie?

 Nagle ktoś złapał mnie od tyłu w pasie i przyłożył rękę do ust. Wierzgałam się z całych sił. Próbowałam kopać i ugryźć  napastnika w rękę, ale on nie reagował na to.

Napastnik nie reagował tylko dlatego, że bohaterka PRÓBOWAŁA kopać i ugryźć go w rękę. Próbowała, próbowała, ale w końcu nie ugryzła, no. 
W dodatku wierzgała SIĘ, cokolwiek miałoby to znaczyć.

 Poczułam znane już mi szpony orła w pasie i już szybowałam wraz z nim nad płomieniami. Widziałam z góry jak dach szkoły się zawalił. Nagle poczułam, że spadamy w dół. Przelecieliśmy przez ogromną dziurę w dachu i znaleźliśmy się w środku. Położył mnie na ziemi, przybrał  z powrotem ludzką postać i powiedział:
   - Tym razem nie pójdzie ci tak łatwo! Spalę cię żywcem! Będę się śmiał, gdy tu będziesz krzyczeć z bólu. Pokonam cię twoją własną bronią! – Po chwili namysłu dodał- albo polecę jeszcze zabić innych. I tak nie masz szans na przeżycie, jesteśmy na ostatnim piętrze, a budynek stoi w płomieniach. Przynajmniej będę miał radochę z krzywdy innych- powiedział po czym zmienił się w orła i odleciał przez wielką wyrwę w dachu.
Tacy psychopaci zabijający bez wyraźnego powodu często padają ofiarą kiepskiego napisania. Trzeba mieć naprawdę talent, żeby móc takiego kogoś dobrze napisać. 
Tak, autorko, samo "będę miał radochę z krzywdy innych" nie wystarczy. Brzmi jak wymówka uczniaka.
 Nie poddam się tak łatwo. Wstałam i pobiegłam przez korytarz.

Oczywiście czas teraźniejszy nie wytrzymał, bezczelnie się wpakował i przekształcił zdanie: "Nie poddałam się tak łatwo."
 [...]
 Poprzez kłęby dymu zobaczyłam drzwi, które prowadziły na klatkę schodową.
 - Ratunku! –wołałam, kaszląc i usiłując zobaczyć czy droga do schodów jest bezpieczna.
   Panował tu niewyobrażalny żar. Oddychało się jak wrzątkiem, ponieważ dym był bardzo gęsty. Okryłam się szczelniej kurtką, jakbym miała nadzieję, że to coś pomoże. Płomienie szalały wokół i w każdej chwili moje okrycie mogło się zająć, a ja razem z nim.
Tak sobie myślę, że Jagoda mogłaby w takiej sytuacji użyć lodu, żeby stopił się i w postaci wody ugasił ogień blokujący drogę ucieczki. Ja bym tak zrobiła.
 [Nagle Jagodzie podłoga wali się pod stopami i bohaterka spada na dolne piętro. Kaszle tak długo, że aż traci przytomność.]
[...]
Rozdział 8
 Dlaczego tu tak zimno?
   Objęłam się ramionami i mocniej obtuliłam kurtką.

   Pomieszczenie było ogromne. Ściany były z szarego betonu tak samo jak podłoga. Sufit podpierały wielkie rzeźbione kolumny. Pokój był pusty. Nie było nigdzie drzwi, co mnie zdenerwowało. Podbiegłam do jednego z okien i wyjrzałam przez nie. Pustka. Nic tam nie ma. Widzę tylko kolor nieba rozpływający się po drugiej stronie ściany.
Przy czytaniu tego opisu przychodzi na myśl pokój w psychiatryku, jednak prawdziwa natura opisywanego pomieszczenia jest co najmniej zaskakująca, ale o tym za chwilę.
 Odwróciłam się i zauważyłam lustro. Podeszłam bliżej i zbadałam je wzrokiem. Przyglądałam się mojemu odbiciu.Moje blond włosy były prawie czarne od smoły. Na kurtce widniały dziury wypalone szyderczymi mackami ognia. 
*Uśmiecha się złowieszczo na myśl o szyderczych mackach ognia wypalających dziury w bohaterce.*
 
 „Powiedzieliby, że jestem murzynką”- pomyślałam.
Pisanie nazwy rasy ludzkiej z małej litery też jest obraźliwe. Dla gramatyki.
 Nagle moje odbicie uśmiechnęło się pomimo tego, że ja tak nie zrobiłam. Coś było nie tak. Dziewczyna z lustra włożyła rękę do kieszeni kurtki i wyjęła z niej przepiękny wisior w kształcie serduszka. Wisiał on na długim łańcuszku. Serce zrobione było z białego kryształu, który pięknie się mienił. Włożyła go powrotem do kieszeni i nagle spochmurniała.
Nie przypomina wam się coś znajomego? Podpowiem, że zwierciadło z owego uniwersum miało bardzo podobne właściwości. Lustro w tym opku bynajmniej nie pokazuje tego, czego się najbardziej pragnie... 
 
 Zza jaj pleców wydobywały się kłęby ciemności. Błądziły niczym macki po jej ciele.
 Po pierwsze: gdzie plecy mają jaja?
Po drugie: naprawdę autorka nie zna innych porównań niż tych do macek?
 Doszły do głowy i wykręciły jej kark. Słyszałam dźwięk łamanych kości. Ciało bezwładnie upadło na podłogę, a mnie oblała fala przerażenia.
***
 - Drugi raz uratowałem twojej dziewczynie życie, więc należałoby mi się więcej szacunku –usłyszałam głos Lysa.
   - I tak cię nie lubię- odpowiedział na to Kuba.

   Otworzyłam zaspane oczy pocierając je przy tym ręką.
 Gdzie z tą ręką? Nie wiesz, że przecinki nie lubią pocierania? Przez ciebie jeden uciekł!

   - Gdzie jesteśmy?- zapytałam.

   Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że moje głowa leży na kolanach Kuby, a nogi na kolanach Lysa. Kuba podłożył mi wcześniej poduszkę pod głowę, więc nic nie czułam.

   - Jedziemy autobusem do drugiej szkoły –Lys uśmiechnął się do mnie.

   Chyba miał rację. Siedzieliśmy na tyłach starego autobusu. Usiadłam na wolnym miejscu pomiędzy chłopcami i zapytałam:
   
- Jakim cudem z pustego pokoju bez drzwi zostałam przeniesiona na powierzchnię? - Rozejrzałam się po twarzach chłopaków i stwierdzając, że nie otrzymam odpowiedzi, spytałam jeszcze:

   
- Czy ktoś zginął? –teraz tylko to mnie interesowało.
   - Połowa uczni. 
Na szczęście tylko ucznie umarły w tym tragicznym wypadku. Uczniom nic się nie stało, wszyscy są cali i zdrowi!
Na koniec dzisiejszej analizy chciałam wam przekazać, że zagadka wieku bohaterów została rozwiązana. W zakładce "Bohaterowie" jest wszystko elegancko wypisane. Przepraszam, że wcześniej tego nie zauważyłam.
Z płonącej budynki pozdrawia was walcząca z szyderczymi mackami ognistego Cthulhu Deni Len, a raczej Nessa Tinuviel Tańcząca z Pokemonami.

środa, 16 lipca 2014

Dwie moce, zostawianie w pokoju i klonujący się zmiennokształtni (Zdrada)

Witam!
Jak wiadomo, w kupie raźniej. W związku z tym często można spotkać blogaski, na których stadko autorek wychwala nad niebiosa twórczość innej autorki, a niektóre dodatkowo zachęcają do odwiedzin swojego bloga. Zuza Starr była jedną z nich.
Cóż, historia Jagody i jej przyjaciół nie jest napisana tragicznie, ale też niezbyt dobrze. Ortografia trzyma poziom, za to występują tu inne błędy. To wystarczy, żeby odstresować się po profanacji zafundowanej przez Alveriona.
Odwiedźmy więc pewną niezwykłą szkołę w lesie.
Analizowała Deni Len.

[Historia ta zaczyna się niewinnie - od zabawy grupowej. Każda drużyna szuka kulek umieszczonych w obręczach, z których można je wyjąć tylko przy użyciu mocy. Drużyna, która zdobędzie najwięcej kulek, wygrywa. W drużynie bohaterki są jej dwie przyjaciółki i chłopak, w przeciwnej siostra jej chłopaka, chłopak siostry chłopaka, brat bohaterki i przyjaciel brata]
 [...]
 Tomek (brat bohaterki) zawsze mówił, że to niesprawiedliwe, bo ja mam dwie moce, a reszta po jednej.

 No cóż, autorka zdecydowała, że będziesz lepsza od innych, czy tego chcesz czy nie. Chyba powinnaś się cieszyć; masz AŻ DWIE moce zamiast jednej.

 Gośka (przyjaciółka) ma moc życia. Oznacza to, że  uzdrawia ludzi i sprawia, że rośliny rosną kiedy tego chce. Nina (druga przyjaciółka) ma moc ziemi, ale jest słabsza, bo dopiero co dołączyła do nas i jeszcze nie potrafi w pełni jej opanować, a Kuba (chłopak bohaterki) umie ożywić rzeczy takie jak plastikowe żołnierzyki, czy figurki. Pracuje też nad większymi rzeczami. Bianka (siostra Kuby) panuje nad chmurami. Potrafi przywołać burzę albo deszcz. Filip (chłopak Bianki) posługuje się perswazją, czyli rozkazuje w myślach komuś, aby coś zrobił i ta osoba mimowolnie to robi, a David (przyjaciel Tomka) może się teleportować, ćwiczył też teleportację innych. Tomek ma władzę nad wodą i jest naprawdę dobry w tym co robi. Potrafi zrobić ogromne fale na morzu, ulecza rany i wiele więcej.

Zaraz... Mag wody umie uzdrawiać? To po cholerę moc życia? *podejrzewa autorkę o wpływy "Avatara: Legendy Aanga"* Równie dobrze można było zostawić Gośce jedynie magię roślin, a wtedy Tomek mógłby spokojnie leczyć.

 Nasza grupa pobiegła w prawo, a ta druga w lewo. Sędzią była nasza ulubiona nauczycielka Natalia. Nie lubiła gdy mówiliśmy do niej po nazwisku, bo czuła się wtedy staro.
Rozdzieliliśmy się i każdy pobiegł w inną stronę. Ja oczywiście zrobiłam sobie ścieżkę z lodu i ślizgałam się po niej, bo tak było szybciej.

Oczywiście taki Filip nie zmusił jej siłą umysłu, by nie robiła sobie ścieżki z lodu, ani taka Bianka nie nasłała na nią deszczowej chmury, bo bohaterka musi mieć pole do popisu. No chyba że dawali jej fory.
  
W oddali zauważyłam obręcz. Zrobiłam sobie przy podeszwach dwa ostrza i tak powstały moje własnorobne *tihihihi!* łyżwy. Gnałam niczym wiatr, aż dotarłam do niej i zdobyłam kuleczkę.

To tworzenie przedmiotów też zalicza się do możliwości magii lodu lub ognia? No sorry, to że Elsa w "Krainie Lodu" zrobiła sobie sukienkę i ożywiła bałwana nie oznacza, że bohaterki innych dziełek mogą tworzyć "własnorobne" łyżwy.
Nigdy nie wiedzieliśmy ile kulek jest ukryte [-tych] w lesie. Mieliśmy wyznaczony czas na szukanie.
Ciekawe, czy ktoś z przeciwnej drużyny też zdobył piłeczkę.

No ciekawe, bo mieliście szukać srebrnych kulek, nie piłeczek.


Wyszłam z lasu i znalazłam się na wielkiej polanie. W oddali widziałam jezioro. Tam na pewno Natalia coś ukryła.

Nagle coś poruszyło się w krzakach i zobaczyłam Tomka. On też mnie zauważył, bo zaczął biec jak najszybciej potrafił, ale i tak go wyprzedziłam. Tak jak myślałam, obręcz znajdowała się na środku jeziora. Machnęłam prawą ręką i na wodzie pojawiła się dróżka z lodu. Biegłam jak szalona. Byłam pewna, że zdobędę kulkę, aż tu nagle poślizgnęłam się i wpadłam do wody. Tak, to była sprawka Tomka. Wyprzedził mnie z szyderczym uśmieszkiem i gnał dalej. Zaczęłam się śmiać jak głupia. Mój młodszy brat mnie pokonał.

Peszek, bohaterko.

 Pod koniec gry każda grupa podliczyła kulki i okazało się, że był remis.
   - Hej Jagódko - podszedł do mnie Kuba – czemu jesteś taka mokra?
   Jagódko... jak ja nie lubiłam tego zdrobnienia! Wolałam jak mówił do mnie Jagoda.

Fajnie, że dopiero pod koniec rozdziału poznajemy imię głównej bohaterki.
  

   - Bo Tomek użył wody i przez niego wpadłam do jeziora[spacja]-[spacja]odpowiedziałam.

   - No, choć[dź!]. Ogrzeję Cię - powiedział i przyciągnął mnie do siebie, a potem przytulił i pocałował. Był średniego wzrostu, miał blond włosy i ciemne oczy.

 Bardzo dużo mi to powiedziało, ale nie. Bo jakie były te oczy? Ciemnoniebieskie, ciemnozielone czy może ciemnofioletowe?

   Zrobiło się ciemno, więc wszyscy poszliśmy do salki telewizyjnej świętować moje siedemnaste urodziny.

To akcja dzieje się w czasach współczesnych? Obecność telewizora nie wskazuje na pseudośredniowiecze, w którym umieszczona jest akcja "Hobbita" na przykład, więc mówimy tu o czymś w rodzaju "Avengers", tak?

Rozdział 2
Było świetnie. Później wszyscy poszliśmy na imprezę się zabawić. Oczywiście chłopcy zaczęli od picia, a dziewczyny poszły tańczyć.

 Nie zawsze tylko chłopcy piją...
 
 Pewnie zastanawiacie się czy dużo jest takich jak my- odmieńców. Nie jest nas zbyt wielu, ale jakoś radzimy sobie. Nasi przed wiekami zbudowali szkołę w lesie, więc nikt nie wie o naszym istnieniu, a nawet gdyby się dowiedział to zapominał wszystko za sprawą Natalii.

Z braku przecinka nie wiadomo, czy ewentualny świadek wszystko zapominał czy wszystko w kwestii zapominania było za sprawą Natalii.

Szkoła była niewielka. Wokół niej stały małe domki letniskowe, w których mieszkali uczniowie. Uczyliśmy się tego samego co ludzie, ale mieliśmy jeszcze zajęcia, na których ćwiczyliśmy swoje moce.
Po imprezie dostałam góry prezentów. Nie wszystkie mi się podobały, ale nie chciałam zrobić przyjaciołom przykrości, więc mówiłam, że są śliczne.

Chwała ci za to! Pewnie byś rozwaliła całą szkołę w napadzie szału, bo przyjaciele nie zadbali o odpowiednie podarunki. W sumie ciekawe, że oni się tak dobrze znają, a jednak prezenty na urodziny okazały się nietrafione.
 
Ten dzień był bardzo męczący. Tańczyliśmy do drugiej nad ranem, ale była sobota, więc mogliśmy się trochę zabawić. Po imprezie wszyscy poszliśmy do swoich domków.


Dostała prezenty po imprezie, imprezowali do drugiej, a po imprezie poszli do domków... Hę?

[Gosia prosi Jagodę o rozmowę.]
 [...]
 - Chodzi o Kubę - powiedziała. – Ostatnio jest jakiś dziwny. Wszystkich zaczepia, czasami się z kogoś śmieje… Nigdy taki nie był, przecież wiesz… Martwi trochę mnie to. (Mistrz Yoda zadowolony z twej składni jest bardzo.) Od czasu wakacji  stał się po prostu nieznośny. Proszę cię porozmawiaj z nim. Jego charakter pogorszył się. Nie wiem, może coś się stało w czasie wakacji? Martwię się o niego, jest dla mnie jak brat. Znamy się od piaskownicy i nigdy jeszcze taki nie był.-Odwróciła się i wyszła.

Serio? Przyszła, powiedziała: "Hej, zrób coś ze swoim chłopakiem, bo mu się pod kopułą powywracało." i wyszła, nie czekając na reakcję? Fajna z niej koleżanka, nie ma co. Nawet specjalnie nie porozmawiała z Jagodą.
 [...]
 Położyłam się do łóżka i przeczytałam do końca ostatnią część Harry’ego Pottera. Odłożyłam książkę na półkę i spojrzałam na zdjęcie wiszące na ścianie. Byłam tam ja i Kuba. Tulił się do moich długich blond włosów i mrużył swoje brązowe oczy.

 To takie głębokie... Ach, te blond włosy... Te oczy... które jednak nie są ciemnofioletowe. A szkoda.
 
   Gdy miałam czternaście lat moje oczy zmieniły kolor. Kiedyś miałam zielone, a teraz jedno oko było niebieskie, a drugie złote.
  
 Mhm... Fascynujące. Z jednego szpanowskiego koloru na drugi. A raczej na dwa. Chyba bardziej merysójkowo się nie dało. Zaraz... dało się; zamiast oczu mogłaby mieć dwa kameleony, tak jak pewna hrabina... (materiał zanalizowany przez ekipę z Fortecy Red)

 Na drugi dzień związałam niesforne włosy w koka i poszłam do lasu na maliny. Miałam takie miejsce, o którym nikt nie wiedział. Wzięłam mały koszyk. Zawsze przynosiłam owoce dla przyjaciół.
 Wędrowałam sama po wielkim lesie. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale to nie znaczy jeszcze, że tak jest. Przycupnęłam obok krzaków i zaczęłam zbierać maliny.

   - Zaraz zginiesz – echo czyjegoś wesołego głosu rozchodziło się po lesie niczym mgła.

Moim zdaniem echo rozchodzi się jak echo, a mgła jak mgła. Po co mieszać i utrudniać 
życie kolejnym dziwnym porównaniem z wątpliwością poprawności?

Miałam wrażenie, że źródło tego głosu stoi za mną, ale nie. Wstałam i zaczęłam rozglądać się do[o]koła. Nic tam nie widziałam. Chyba się przesłyszałam.
  
To oczywiste, że się przesłyszałaś, skoro nic nie zobaczyłaś. Logiczne.
 

   - Uciekaj! - ktoś szepnął mi do ucha z zafascynowaną nutą w głosie.

   Znów odwróciłam głowę, ale nikogo tam nie było. Przerażenie oblewało mnie od stóp do głów. Brzuch mnie bolał, a po nogach przeszedł mi dreszcz. Byłam tak zdrętwiała, że nie mogłam się ruszyć.

Rozumiem, że z człowiekiem robią się różne dziwne rzeczy, kiedy jest przerażony, ale że 
tak szybko i tak bardzo ją wzięło? Niezła jest.

Miałam moce, ale to nie znaczy, że mój przeciwnik jest słabszy, tym bardziej, że nie widziałam go. Jeszcze nigdy nie słyszałam, aby ktoś miał moc niewidzialności, ale jest to możliwe. Jeśli tak to miałam przechlapane. No bo jak trafić kogoś kto jest niewidzialny?
   Rozejrzałam się jeszcze raz po lesie. Może tylko chował się za jakimś drzewem? W oddali zauważyłam, że coś się do mnie zbliża. Tygrys w Polsce?

O, kolejna informacja wyskakuje nam w trakcie opowiadania niczym królik z kapelusza! A więc akcja ma miejsce w Polsce. A w jakich czasach? Wspomniany wcześniej telewizor ma wskazywać na współczesność, no ale telewizory istniały już w zeszłym stuleciu, więc...

 Nagle oblał mnie zimny pot. Kiedyś słyszałam o odmieńcu, który umiał zmieniać postać. Zabijał innych dla rozrywki. Oczywiście został skazany na śmierć, ale miał syna, który nie posiadał żadnej mocy. Albo po prostu świetnie potrafił ją ukryć.
   - Tak to ja - dudniło w moich uszach. Tygrys schylił się i przymierzał do biegu. Jego oczy były czerwone, a sierść zmieniła kolor i teraz na jego miejscu stał jaguar. Najszybsze zwierzę na świecie.

Bzdura! Jak mówimy o zwierzętach lądowych, to najszybszy jest gepard.

 Rzuciłam koszyk na trawę i zaczęłam uciekać. Odwróciłam się podczas biegu, ale on tylko stał.
   - Szybciej! - kazał. Nie wiem jak to robił, ale jego głos dudnił w mojej głowie niczym bębny.

   Potknęłam się o korzeń i upadłam na brzuch. Odwróciłam się na plecy, a on stał przy mnie w ludzkiej postaci.

   - Nie jesteś najlepsza w ucieczce - powiedział. 

Taki peszek. No ale jak nie ucieczka, to co pozostaje najlepszą obroną...?

Pochylił się nade mną, a ja wycelowałam w niego dłonią i wydobył się z niej podmuch ognia. Upadł na ziemię trzymając się za twarz, a ja zdążyłam mu uciec.

Miło, że sobie przypomniałaś, że tak umiesz. Mogłaś go potraktować ogniem lub pociskami z lodu jeszcze jak tam stał, będąc tygrysem, czyż nie? No bo wiesz, nawet jeśli był silniejszy od ciebie, to mogłaś go w ten sposób zdezorientować i mieć szansę na ucieczkę.

Rozdział 3
 Wpadłam do pokoju dyrektorki bez pukania, co ją bardzo wkurzyło. Pomieszczenie było bardzo małe. Na podłodze leżały stare panele, a na ścianach znajdowała się brązowa tapeta w wielkie kwiaty. Z prawej strony przy ścianie stało jej ogromne biurko. To ono zajmowało najwięcej miejsca w pokoju. Siedziała za nim bawiąc się swoim długopisem. Z lewej strony stała szafa, która była tak wypchana różnymi papierami, że nie chciała się zamknąć.

Tak więc co mi się tu nie podoba, panno Zuzo? 
Raz: najpierw sobie czytam o rozwijającej się akcji, a potem bezczelnie wtrąca się opis gabinetu. Trzeba to oddzielić akapitem. 
Dwa: szalejąca czcionka. Owszem, jest duża i czytelna, ale na przykład słowo "biurko" wyolbrzymia się od reszty, zupełnie jakby chciało pokazać, jakie jest ogromne. 
Trzy: do dalszego opisu wtrąca się czyjaś czynność. Przeczytaj to: 
"Przy ścianie na biurku stał jej komputer. Wyróżniał się od reszty. Siedziała przy nim, pisząc analizę. Z lewej strony od biurka stało łóżko.
Nie brzmi zbyt dobrze, prawda? 
No i cztery: kto siedział przy biurku, bawiąc się długopisem? 
No dobra, jeszcze pięć: w przypadku wystąpienia imiesłowu i czasownika w jednym zdaniu, część nadrzędną i podrzędną oddzielamy przecinkiem, czyli: 
"Siedziała za nim, bawiąc się swoim długopisem." 

Zresztą to zdanie i tak dziwnie brzmi. Jakby nie można było zwyczajnie napisać: "Siedziała za nim i bawiła się długopisem."
  
Gdy dyrektorka mnie zobaczyła zrobiła się cała czerwona ze złości, ale powiedziała tylko:
   - W czym mogę pomóc panno Owen?

Dziewczyna z Polski ma obcobrzmiące nazwisko? Południowo-zachodnia cześć naszego kraju była pod zaborem pruskim, więc nazwiska brzmiące z niemiecka jeszcze przejdą, ale że takie?

[Pani Bodine, bo takie jest nazwisko dyrektorki, orientuje się, że uczennica jest wyczerpana, więc pozwala nastolatce usiąść. Jagoda opowiada o zmiennokształtnym.]

- Ile miał lat?- zapytała tylko. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła tylko na przestarzałe panele położone na podłodze.
   - W moim wieku. - Moje serce biło już wolniej i uspokoiłam się.- Co pani zrobi?
   - Ogłoszę alarm gotowości. Nie możemy wyjechać, bo on pojedzie za nami i to go jeszcze bardziej zezłości. Jedyne wyjście to albo go pokonać, albo dać mu do zrozumienia, że z nami nie wygra. Gdzie go widziałaś? – wyjęła megafon z szafy.

Czy to aby nie pochopne tak wszczynać alarm po zeznaniach jednej uczennicy? Może się okazać, że smarkula kłamała, żeby zrobić na złość dyrekcji. Choć z drugiej strony chodzi tu o zmiennokształtnego mordercę. Problem. 
 [...]
-W lesie, byłam na malinach. Zna go pani?
   -Prawdopodobnie to syn mojego męża. Skazałam mu ojca na śmierć i teraz chce się zemścić .Chyba nazywa się Marcin, ale nie jestem pewna.- Dyrektorka miała kiedyś męża Wojtka, ale ten zrobił sobie dziecko z inną i rozwiedli się. Wtedy zaczęły się ataki z jego strony. Zabijał uczniów, a pani Bondine skazała go na śmierć. Niestety przed śmiercią urodził mu się syn. Byliśmy pewni, że nie ma on żadnych mocy, aż do teraz.

Ej, to Jagoda zna tę historię? Tak pytam, bo moim zdaniem schludniej by było, gdyby opowiedziała to dyrektorka... która przy okazji zmieniła nazwisko.

 – Dzisiaj nie będziemy mieli żadnych lekcji. Muszę wezwać posiłki z południowej części Polski. Może przyślą tu tych najlepszych uczniów. I pamiętaj, że nikt nie może nawet na najmniejszą chwilę zostać sam. Gdy będziecie w grupie to nie zaatakuje. A teraz wracaj do przyjaciół i opowiedz im o wszystkim. Możesz odejść.
   - Dziękuję.- powiedziałam i wyszłam z gabinetu dyrektorki.
   Wpadłam do domku Gośki, w którym wszyscy siedzieli i powiedziałam co i jak.
   -Więc nie mamy nigdzie chodzić sami- skończyłam.
   -Okej, ale tak w zasadzie to nie mamy się czego bać –powiedziała lekkomyślnie Nina- przecież jesteśmy od niego o wiele silniejsi. Po prostu pójdźmy do lasu i wygońmy go.
   - On może zmienić się nawet w muchę. Nie znajdziemy go, a nic nam nie da zabijanie wszystkich zwierząt w lesie - odezwał się Tomek, który był w wieku Niny. Dogadywali się świetnie i można by rzec, że między nimi coś iskrzyło.

A było wspomniane, ile lat ma Nina? Wiemy tylko, że Jagoda obchodziła siedemnaste urodziny.
 
-To co, zaczynamy szkolenie sami?- zaproponował Kuba. – Przecież jak będziemy w grupie to nas zostawi w pokoju.

Wiem, że mógłby zostawić was w spokoju albo dać wam pokój (to takie bardziej archaistyczne określenie). Jeśli zostawi was w jakimś pokoju przywiązanych do krzeseł, raczej nie wróży to dobrze.

[Ekipa zgadza się na pomysł Kuby.]

Rozdział 4
[...]
  - Kuba, możemy porozmawiać? –zapytałam.
   - No jasne, moja Jagódko – ostatnio cały czas tak do mnie mówił. Naprawdę zachowywał się dziwacznie, tym bardziej, że też nie lubił, jak ktoś tak do mnie mówił.

   - Słuchaj…- niby jak ja miałam mu powiedzieć to co myślę? Chyba dostanę migreny… - Ostatnio zachowujesz  się dziwnie… Może chcesz porozmawiać o ostatnich wakacjach?

   - Wiesz co… Nie obraź się, ale muszę trochę jeszcze poćwiczyć.

   - Kuba…

 Ten Kuba sam się prosi o nielubienie go, więc go nie lubię. Nie tylko dlatego, że nie ma fioletowych oczu.

  
 Oddalił się ode mnie i próbował ożywić latarkę, którą znalazł w swoim plecaku.

Takie pytanko: ożywianie figurek jeszcze rozumiem, ale co będzie robić ożywiona latarka? Mrugać światełkiem i skakać na trzonku?

 Usiadłam na czystej trawie i oparłam się o drzewo. ZAŁAMKA! Westchnęłam i myślałam o nim. Potem wstałam i ćwiczyłam dalej.

Ojej, ale mam doła! Chłopak mnie odrzuca!
...
Okej, już mi przeszło, idę ćwiczyć.
   
Gdy już zbieraliśmy się by iść do szkoły usłyszałam znajomy mi głos:
   - Może poćwiczycie jeszcze z nami? – zmiennokształtny uśmiechał się szyderczo. Za nim stało jeszcze dwóch chłopaków.

   - Jest nas więcej –odparłam z zaciśniętymi zębami – przegrasz.

Pojawianie się znikąd- odhaczone. Przecinek tak zląkł się złych kolesi, że uciekł sprzed "by".
 - Nie byłbym tego taki pewny –pstryknął palcami i chłopak obok zaczął się trząść, a potem jego głowa i reszta ciała rozdzieliła się na pół. Drugi chłopak zrobił tak samo. Teraz było ich pięciu.

Hę? Klonowanie zalicza się do zmiennokształtności? 

 Marcin zmienił się w wielkiego goryla i zanim zauważyłam zaczął nas atakować, a za nim pozostali.

... a kolejny przecinek zobaczywszy, że rozpoczyna się bijatyka, dyskretnie się oddalił, bo do odważnych nie należał.
Deni Len sugeruje: "[...] i zanim się zorientowałam, zaatakował nas [...]"

[Wszyscy zaczynają się bić za pomocą swych mocy.]

 Zmiennokształtny oczywiście zbliżał się do mnie. Wycelowałam w niego ręką i wystrzeliłam ostre pociski z lodu.
   Odbił je pięścią, podbiegł bliżej i złapał mnie w pasie. Zmienił się w ogromnego orła i już trzymał mnie w swoich wielkich szponach. Czułam jak jego pazury wbijają mi się w skórę. Unosiliśmy się w powietrzu.

   - Następnym razem nie przyjdziecie do lasu! - dudniło w mojej głowie. Czułam, że mózg mi zaraz eksploduje.
   Nagle puścił mnie i leciałam prosto na twarde gałęzie drzew.

Czy Jagoda przeżyje ten upadek? I czy jej przyjaciele przegonią złe klony? Ciąg dalszy (być może) nastąpi... 

Z salki telewizyjnej pozdrawia was zakładająca ciemnofioletowe soczewki na oczy Deni Len