Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

Mag stroniący od czarów i nieziemska fizyka broni białej (Wrota Baldura cz.1)

Witajcie!
Oto nadszedł ten niezwykły dzień. Po raz pierwszy w historii Boru Zagubionych Tworów analizowaniem zajmą się dwie osoby! Jadzię przedstawiłam w króciutkiej pozostałości po "Drodze do...", teraz sama o sobie opowie.
Dzień dobry, moi mili.
Zwę się szumnie Jadzią. Nieliczni wtajemniczeni mogą kojarzyć mą personę z Czarnych Owiec, gdzie zajmowałam się analizowaniem Zaklętej M. Olszańskiej. Niestety, z przyczyn studencko-życiowych zmuszona byłam na długi czas rozstać się z analizami. Jednak jak to bywa w przypadku ludzi mieszkających w Internetach - nie pozbędziecie się mnie tak łatwo. Postanowiłam więc dołączyć do Boru (Deni taka dużo dobra, przyjęła mnie!) i atakować więcej złych książek i opek. Powinnam się w tym miejscu zaśmiać złowieszczo, ale mam chrypę, więc i tak nie wyjdzie.


W dzisiejszym odcinku zapraszamy na analizę wiekopomnego dzieła, na którego myśl zawsze włącza mi się agresor. Ze złymi fanfikami jest trochę jak z klasówką z matmy: że wszyscy wiedzą, że będzie i jest zła, ale dramę ma się właściwie dopiero podczas czytania. Jednak w momencie, kiedy takie cuś zostaje wydane... no właśnie.

Niniejszym zapraszam Państwa na analizę...


Analizują: Deni i Jadzia
Rozdział pierwszy został już co prawda zanalizowany przez Winky (klik), ale nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy nie dodały czegoś od siebie. Starałyśmy się nie powielać komentarzy, ale nie zawsze było to możliwe.

Philip Athans Wrota Baldura, Wydawnictwo ISA, 1999.

Na początek mamy dedykację:
Moim dwóm córkom dedykuję
(wciąż jestem normalny)
po przeczytaniu tej książki mam niestety wątpliwości. Przykro mi.

Podziękowania
Adela stworzyłem sam, ale każda inna postać w tej książce, czy to pojawiająca się na początku, w środku, czy na jej końcu, powstała na podstawie wspaniałej komputerowej gry Baldur’s Gate,
Niestety, jak przekonamy się z treści - autor nas oszukał. Większość postaci nosi jedynie imiona tych znanych z gry. Ale hej! kto bogatemu zabroni?
Ja tam zupełnie nie znam kanonu, ale to nie przeszkadza w analizie treści merytorycznej. 
Nawet lepiej: dzięki temu nic nie ujdzie naszej uwadze, muahaha.

dzieła twórców z BioWare: Jamesa Ohlena, Lukasa Kristjansona, Roba Bartela, Raya Muzyki, Johna Galaghera, Scotta Creiga i całej reszty ekipy BioWare, która opracowała grę. Dzięki wam, chłopaki, grało się naprawdę świetnie! Na koniec muszę też podziękować mojemu wydawcy, Jessowi Lebowowi. (Tak jak chciałeś, umieściłem cię w tej książce. No i gdzie jest obiecane mi pięć dolców?)
Problemy życiowe autora tak bardzo.

Rozdział pierwszy
Ostrza starły się ze sobą aż iskry poszły. Abdel natarł z taką siłą, że jego ramię wpiło się w ciężkie ostrze własnego pałasza.
Wyszło mi, że trzymając w dłoni pałasz, Abdel wbił go sobie w ramię. Niby można, ale po co?
Może pałasz był zaklęty i obrócił się przeciwko niemu?

Zignorował ból i pchnął jeszcze mocniej.
Masochista.

Był na tyle wysoki i silny, by zdecydowanie wytrącić swego przeciwnika z równowagi. Wróg zatoczył się dwa kroki w tył i wyrzucił lewą rękę w bok, by powstrzymać upadek.


Abdel natychmiast wykorzystał przewagę i ciął w odsłonięty brzuch napastnika, rozdzierając na strzępy jego kolczugę, ciało i kręgosłup.
Już widzę kręgosłup rozdzierany na strzępy.

Abdel rozpoznał dwóch z czterech mężczyzn próbujących go zabić. To byli najemnicy, twardziele tacy jak on sam. Na pewno ktoś im zapłacił, ale kto i dlaczego – tego Abdel nie wiedział.
 Szanowni Państwo, mamy pierwszy gwałt na kanonie. Prosimy nie karmić i nie głaskać. W grze osobami atakującymi głównego bohatera i jego ojczyma jest główny villain i jego świta. Tu mamy jakichś najemników, którzy nie przedstawiają swoich zamiarów. Przez to nasz papierowy bohater nie ma pojęcia, że to on jest głównym celem zbirów.

Szczerze mówiąc - nie wiem, jaki był powód tej zmiany w wykonaniu p. Athansa poza tym, że przecież Abdel nie mógłby zabić tego złego w pierwszym rozdziale, więc musiałby - o zgrozo - uciec z bitwy, jak w grze. A nasz Gary Stu nie mógłby tak po prostu zbiec! 

Minęło jakieś dziesięć czy nawet dwadzieścia sekund, zanim mężczyzna, którego Abdel zabił, pojął, że jest już martwy.
Coś jak w Zmierzchu, gdzie Bella nie ogarniała, że krzyczy. Mój organizm - tak bardzo skomplikowany.
Po prostu wciąż wierzył, że nie został trafiony.

Patrzył się w dół, na głęboką ranę w swoim brzuchu, przecinającą go prawie na pół. Krew była wszędzie, czerwień mieszała się z żółto-szarą tkanką rozprutych wnętrzności. Twarz umierającego przybrała niemal komiczny wyraz: była biada, zaskoczona i jakby zniesmaczona.
Musiałam.
Każdy byłby zniesmaczony, widząc własne wnętrzności poza ciałem.
 
Ten widok sprawił, że serce Abdela zabiło żywiej; on sam nie wiedział, czy z powodu szoku czy raczej przyjemności. Tę chwilę zastanowienia Abdel niemal przypłacił życiem, kiedy jeden z pozostałych bandytów niespodziewanie zbliżył się, wywijając trzymanymi w obu dłoniach małymi, ostrymi toporkami.
Stał tak i patrzył na walkę, aż w końcu nadeszła jego tura.
Uff, dobrze, że Abdel wyrzucił odpowiednią liczbę oczek na kostce, inaczej byśmy mieli mokrą plamę zamiast g[ł]ównego bohatera w pierwszym rozdziale. 

– Kamon (Przeczytałam "Kanon")– zawołał go po imieniu Abdel, jednocześnie cofając się pół kroku w tył (już się bałam, że cofnął się do przodu), aby uchylić się przed drugim toporkiem. – Dawno się nie widzieliśmy.

Pracował z Kamonem jakiś rok temu, strzegąc pewnego magazynu w Athkatli, gdzie jakiś tajemniczy towar leżał na tyle długo, by przyciągać uwagę złodziei.
Powitajcie kolejny Gwałt Na Kanonie: Abdel jest światowym i doświadczonym najemnikiem. Przyznam, że chociaż na początku było mi zasadniczo wszystko jedno, to potem zaczęło mnie bardzo mocno drażnić. Brak doświadczenia życiowego głównego bohatera był jednym z elementów gry: dzięki temu obserwowało się rozwój postaci od nieogarnionego podlotka do superbohatera.
Zastanawialiście się kiedyś jak nudny i głupi byłby Władca pierścieni, gdyby Frodo od początku był doświadczonym wojownikiem? Witamy we Wrotach Baldura
Każdy element naszego życia byłby nudny, gdybyśmy mieli wszystko podane jak na tacy. *filozofia tak bardzo*

Tylko Kamon walczył dwoma bliźniaczymi toporkami.
Trudno by mu było walczyć z trzema bliźniaczymi toporkami.

Niski i przysadzisty, był wojownikiem, którego wielu mniej doświadczonych przeciwników nie doceniało. Każdy, kto siedział w tym fachu tak długo jak Abdel, mógł zobaczyć w jego błękitnych oczach, rzucających szybkie i bystre spojrzenia, jak groźnym rywalem był Kamon.
Kto miał te błękitne oczy? Bo wyszło mi, że ten cały Kamon sam się przeglądał we własnych oczach.
Jak dla mnie, to Abdel miał błękitne oczy, które rzucały szybkie spojrzenia i można było w nich zobaczyć, jak groźnym przeciwnikiem był Kamon. 

– Abdel – zaczął Kamon – przykro mi z powodu twojego ojca.
To był stary trik z odwróceniem uwagi,
Te intrygi na poziomie gimnazjum...

starszy nawet niż sam Gorion, który kiedyś wydawał się Abdelowi najstarszym człowiekiem przemierzającym ulice i trakty Faerunu.

Abdel zerknął kątem oka na swego ojca. Gorion trzymał się dzielnie, jak zwykle starając się tak walczyć, by nie zabić bandytów, którzy oczywiście nie byli tak łaskawi jak ów starzec.
Jakim cudem ów starzec jeszcze żyje?

Atakował go szablą bandzior o ciemnej karnacji skóry, z wyszywaną opaską na głowie.
Bardzo szybko, ale i trochę niezdarnie. Gorion mógł go przez jakiś czas trzymać na dystans swoją solidną, dębową lagą, ale jak długo?
Jak ten bandzior atakował go szablą z dystansu? Rzucał nią? 
Will Turner w "Klątwie Czarnej Perły" rzucał długimi mieczami. Może bandzior też to opanował?

Abdel zaczekał, aż Kamon wysunie w jego stronę prawe ramię i niespodziewanie wyprowadził mieczem cios od dołu, podbijając ostrze toporka z taką siłą i szybkością, iż wytrącona broń zdarła styliskiem skórę wnętrza dłoni rywala.
Może ja się nie znam, ale wydaje mi się, że stylisko właśnie NIE jest ostre.
Zrozumiałabym, gdyby Abdel odciął dłoń albo przynajmniej palce przeciwnika, ale to coś tutaj jest... dziwne.

Przyzwyczajcie się, proszę, do pseudoplastycznych opisów, które trzeba sobie rozrysowywać.

Kamon zaklął i cofnął się trzy kroki w tył.
Cóż za szczęście, znowu udało mu się cofnąć do tyłu, a nie do przodu! 
I to aż trzy kroki!

Utrata broni zaskoczyła go, nie na tyle jednak, by się nierozważnie odsłonił. Był doświadczonym wojownikiem i zawsze miał oczy szeroko otwarte. Jego toporek tkwił teraz zaklinowany na ostrzu miecza Abdela.
CO. 
*Siedzi, patrzy i nie dowierza*

Abdel powinien teraz jak najszybciej pozbyć się nadzianego na miecz toporka, jednak zamarł, kiedy usłyszał za sobą skrzypienie żwiru. Miał nadzieję, że Kamon wykorzysta sytuację i zareaguje właściwie, i Kamon wyświadczył mu tę przysługę. Bandyta rzucił się nań szybko, celując drugim toporkiem w jego pierś. Abdel błyskawicznie podkurczył kolana, zasłaniając się jednocześnie mieczem. Jego stopy straciły oparcie i Abdel runął na plecy w tym samym momencie, kiedy olbrzymia halabarda zachodzącego go od tyłu przeciwnika miała go przeciąć na pół.
Niech mi to ktoś rozrysuje. Abdel kucnął i zasłonił się mieczem, bandyta 1 w tym czasie celował w jego pierś toporkiem, a bandyta 2 zamachiwał się halabardą, dobrze rozumiem? 
Jak drobny był bandyta nr 2, skoro bandyta nr 1 go nie zauważył, chociaż stał twarzą zwróconą w jego kierunku? I jak Abdel runął na plecy nie przewracając bandyty nr 2, który stał wszak za jego plecami?
Istna czarna magia literatury nam się tutaj objawia.

Żwir zazgrzytał pod ciężkim krokiem Eagusa, pierwszego z bandytów,
Miał numerek na piersi?

którego Abdel rozpoznał, gdy spotkali się na drodze.
Eagus wciąż złościł się z powodu tej blizny, którą miał na twarzy, od kiedy jakieś osiem miesięcy temu przegrał z Abdelem zakład w Julkoun. Na wspomnienie tego wydarzenia Abdel mimowolnie się uśmiechnął, nie bacząc na deszcz ciepłej krwi, która szeroką strugą chlusnęła na niego z góry.
Z góry? Podsumujmy: Abdel walczył ze statystą nr 1, statysta nr 2 zamachnął się od tyłu i rozwalił statystę nr 1, a krew trysnęła na Abdela od góry? To ona trysnęła w niebo jak fajerwerki? 

Cios Eagusa, który mierzył w Abdela, roztrzaskał czaszkę Kamona, od czubka aż po podbródek.
Acha. To ja już zupełnie nie rozumiem tej fizyki... to on się tą halabardą zamachiwał na Abdela od czaszki w dół? Że tak nieładnie podsumuję: łot de fak?
Ja normalne widzę tę scenę, jakby była rodem z kreskówki typu "Tom i Jerry", tyle że jest bardziej makabrycznie. 

Abdel żałował tylko, że nie zdążył wcześniej zapytać Kamona, co takiego strzegli w magazynie w Athkatli.
Zwinięty na ziemi Abdel rozprostował nagle nogi i ciął mieczem w tył, wciąż mając nadziany na ostrzu toporek.
On nadal ma ten toporek wbity w miecz? Z czego ten topór jest, tak w ogóle? Z czekolady?
Nie wierzę, że Abdel do tej pory dał radę walczyć mieczem z nadzianym (niczym kiełbaska na patyku) toporkiem. To to przecież też coś waży, co nie?

Liczył, że trafi Eagusa, podczas gdy broń halabardnika wciąż tkwiła w głowie jego przyjaciela. Nagle palący ból w boku zaparł mu dech, a on sam instynktownie rzucił się w lewo.
Piąty bandyta, ten który dotąd trzymał się z dala, strzelił z kuszy i jego bełt utkwił w prawym boku Abdela.
NO WRESZCIE JEGO TURA! Ja nie mogę, jak bardzo niedynamiczne i nierealistyczne są te opisy. 
Powiedziałabym, że to takie patrzenie na grę i opisywanie tego, co wyczyniają postaci, a wiadomo, że gry nie oddają w pełni rzeczywistości (ach, te piękne gesty rękami Bezimiennego...).

Abdel chwycił za drzewce i wyrwał je z rany, rozszarpując przy tym kolczugę i wyjąc z bólu.
Brawo, jesteś genialnym i doświadczonym wojownikiem. 
Bo rozwaga jest dla frajerów.

Na chwilę ich wzrok spotkał się i Abdel posłał mu tak złowrogie spojrzenie, że kusznik cofnął się w popłochu.
Słabe rzuty obrony. Na oko jakiś 4 lvl, bransolety łucznictwa, kusza lekka +1, brak Płaszcza Strachu. Generalnie, mało expa, żal.
Złowrogie spojrzenie +10 przeciwko bandytom.

Miał nadzieję, że bandyta przeraził się na tyle, by więcej już nie strzelać.
Teraz będzie kopał kamyczki i zbierał kaczeńce.
I będzie pomagał małym kaczuszkom przechodzić bezpiecznie przez ulicę.

Zresztą Abdel miał bardziej palący problem. Zgaga?
Eagus miotał się wściekle, usiłując wyrwać ostrze halabardy z głowy Kamona. Abdel był niebezpiecznie blisko, ale wykorzystał tę chwilę, by sprawdzić, jak radzi sobie ojciec. Szło mu dobrze, jego przeciwnik męczył się coraz bardziej, wyprowadzając coraz bardziej chaotyczne ciosy.
Chwila... Gorion jest magiem, nie powinien jakby... rzucać zaklęć, miast bawić się ze statystą nr 4 w kotka i myszkę?
Czego ty wymagasz? Jeszcze by staruszek niechcący kogoś zabił!  

– Możemy się tak bawić bez końca, Calishito – rzekł Gorion, odgadując pochodzenie mężczyzny po jego dziwacznym ubiorze i rodzaju oręża, którym się posługiwał. – Albo przynajmniej do czasu, aż mi powiesz, kto i dlaczego was wynajął.
Abdel wreszcie uwolnił ostrze swego miecza od toporka, jednym okiem wciąż obserwując ojca, drugim zezując na Eagusa.
Bo jego oczy działały niezależnie od siebie. Brawo, nie każdy tak ma.

Calishitański najemnik uśmiechnął się, odsłaniając srebrny ząb, dawno już zmatowiały.
– Zostaliśmy dobrze opłaceni, sir, szkoda gadać. Lepiej poddajcie się, to może i nie zdechniecie – odpowiedział Gorionowi.
Nagle rozległ się odgłos, jakby ktoś zrzucił olbrzymiego arbuza z wysokiej wieży – to Eagus uwolnił swoją halabardę.
W tym uniwersum znany jest arbuz?
Zasadniczo nigdy nie było wzmianki o arbuzach, ale podejrzewam, że występuje. Uniwersum Zapomnianych Krain jest dość różnorodne, mamy państwo podobne do Chin lub Japonii (Kara-Tur), państw arabskich (wspomniany już Calimshan) czy Afryki (Zakhara).
Akcja Wrót toczy się na Wybrzeżu Mieczy, które znajduje się na północy - ergo, jest zimno, nie podejrzewam więc, by występowały tam arbuzy. Nasz ulubiony Abdel jest jednak podróżnikiem, więc raczej z egzotycznymi owocami mógł mieć kontakt.  
Zatem porównanie możliwe, jednak trochę wyolbrzymione - odgłos rozwalającego się arbuza mogłaby wydać czaszka miażdżona wielkim głazem, a nie wyjmowanie z niej broni.

Podniósł długie drzewce do góry i zatoczył nim, zbryzgując Abdela i drogę wokół siebie krwią Kamona. Abdel rzucił toporkiem, lecz Eagus z łatwością go odbił. Rzut nie miał na celu zabić Eagusa, a jedynie wytrącić go z równowagi. Abdel wiedział, że jest tylko jeden sposób i jedna sekunda na to, by się przekonać, czy jego manewr poskutkował.
Zerwał się i szybko skoczył, na straszne pół sekundy tracąc ziemię pod nogami. Poleciał wprost na Eagusa i poczuł, jak ostrze jego miecza zagłębia się w szczelinie przerdzewiałej zbroi bandyty, zanim jeszcze jego nogi dotknęły ziemi. Zamierzał wstać i wepchnąć miecz głębiej, szatkując flaki Eagusa na sałatkę,
W konkursie na najlepszy opis walki wygrywa...

lecz ten nie stracił równowagi aż tak, jak oczekiwał Abdel. Bandyta ześliznął się z czubka jego miecza.
To on mu wskoczył na czubek miecza? 
...
Miazmacie, odejdź!
(wskocz mi na czubek miecza, bejbe)
Dawno nie przeczytałam takiego opisu... Nie wiem, co powiedzieć.

Buchnęła krew, Eagus wykrzywił twarz w grymasie bólu, lecz stał i walczył dalej.
Zamówił flaki zamiast sałatki?

Halabarda świsnęła i Abdel z ledwością zdążył unieść miecz, by zasłonić się przed ciężkim ciosem. Ostrze pałasza wgryzło się głęboko w grube drzewce halabardy i ugrzęzło w nim. Abdel był bezbronny.

Ten ma pecha, ciągle mu coś grzęźnie. 
Ten pałasz ewidentnie żyje własnym życiem. Najpierw wbił się w swego właściciela, teraz gryzie!

Eagus wyszczerzył żółte zęby w burej masie paskudnej brody i zastosował dźwignię, wykorzystując długie drzewce halabardy – szarpnął mocno w górę i choć musiało mu to sprawić straszny ból, a jego rana otworzyła się szerzej, to jednak zdołał wyrwać ciężki miecz z dłoni Abdela.
Rana - niedomówienie roku. Chyba, że mówimy o jakiejś innej ranie, a nie sałatce z flaków.

Eagus zakrztusił się ze śmiechu, kiedy pałasz Abdela uderzył o ziemię. Miał teraz przewagę nad Abdelem i potrafił ją wykorzystać. Abdel słyszał z boku dźwięk stali, co znaczyło, że jego ojciec wciąż zmagał się z calishitańskim szermierzem.
Tamten miał większe rzuty obrony i wyższy level. Mój ulubiony autor jak zwykle inwestuje w dynamiczne opisy i absolutnie nie oddaje turowości gry w prozie. *wyciera sarkazm* 
W dodatku główny bohater jest tak nijaki, że nawet brakuje na niego określeń i zdanie po zdaniu powtarza się jego imię.

[Wreszcie Eagus zostaje pokonany, jednakże...]

Był jeszcze kusznik. Zebrał wszystkie kaczeńce, przeprowadził wszystkie kaczuszki. Stał dalej. Mrużył swe ciemne oczy w porannych promieniach słońca. Jego ćwiekowana, skórzana kamizela skrzypiała przy każdym ruchu. Długie rude włosy falowały ciężko na wietrze.
Tak sobie myślę, że ten gość mógłby ich już dawno pozabijać. Czekał na swoją turę?
Kaczuszki się opierniczały, musiał poczekać, aż przejdą. 
Tak samo jak pozabijać ich mógł Gorion, czarami.
Just sayin'  

Kusznik celował w Goriona. Z gardła Abdela wydarł się pełen rozpaczy krzyk.
– Oj...
Spust zwolnił cięciwę, ciężki bełt ze świstem przeciął powietrze...
– ... cze...
... i utkwił prosto w oku Goriona.
– ... eeee!!!
*zieew* te emocje.
To ostatnie "eeee!!!" brzmi w mojej głowie jak odgłos kota próbującego zwymiotować.
 
Abdel już wiedział, zanim jeszcze bezwładne ciało Goriona legło na żwirze drogi, że jego jedyny ojciec, którego znał, już nie żyje.
O pozostałych jego matka nigdy nie raczyła opowiedzieć.
Abdel nigdy nie poznał swojej matki, Gorion był jego ojczymem. Prawdziwego ojca nie znał. 
O, smuteczek. Mimo to, śmiesznie brzmi: "jedyny ojciec, którego znał".

W oczach mu poczerwieniało, w uszach zadzwoniło, w ustach czuł jadowity smak miedzi – ogarnęła go wściekłość.
Jadowity smak miedzi? W życiu analizatora - nawet niedoświadczonego i świeżo po kilkuletniej przerwie - przychodzi czasem taki moment, że nie wie, jak coś skomentować.
Macie, kontemplujcie.
Bardziej mnie intryguje, skąd się wziął smak miedzi.

Najpierw podbiegł do calishitańskiego szablisty; po prostu dlatego, że był bliżej. Trzymał swój ciężki, srebrny sztylet przed sobą, wyprowadzając szybkie pchnięcia w przód. Zmęczony Calishita zatoczył się w tył i uniósł szablę do góry. Metal brzęknął, a Calishita zdążył wypowiedzieć tylko pierwszą sylabę imienia jakiegoś dawno zapomnianego boga, kiedy ciężkie ostrze Abdela strzaskało klingę wspaniale zdobionej szabli.
Ja myślę, że on po prostu chciał się zaśmiać, a nie modlić - wyobraźcie sobie, że biegnie do was wielki wojownik ze sztylecikiem w ręku. Pewnie się tak przestraszył, że aż mu zwieracze poszły. 

A tak BTW - czy tylko ja mam wrażenie, że w tym miejscu mój ulubiony autor stwierdził, że już mu się znudziło to opisywanie i wprowadził za dużo statystów, więc trzeba ich szybko wyeliminować? Przecież oni dopiero co stawiali Abdelowi opór, a teraz nagle on chodzi i ich kosi jak trawkę.
Pewnie znowu użył Złowieszczego Spojrzenia.

Dwie trzecie grawerowanego ostrza zawirowało w powietrzu i poleciało gdzieś w bok, ponad drogą, w stronę krzaków.
Bo to był Sztylet +15 'Pogromca Szabli'. 
Inside joke: kuzyn Licarora.

Calishita mógł tylko patrzeć, jak jego broń szybuje łukiem i cofać się przed sztyletem Abdela.
Stopa Calishity zapadła się nagle w koleinę wyżartą w drodze przez koła wozów.
Wiele pokoleń kół dzielnie pracowało swoimi drewnianymi żuwaczkami, by osiągnąć ten efekt.

Stracił równowagę i runął w tył, co ocaliło go przed kolejnym ciosem sztyletu, który teraz niechybnie rozpłatałby mu szyję. Wyjąc z wściekłości, Abdel rzucił się w przód i znów chlasnął. Jego ramię zadrżało pod nagłym oporem, na jaki natrafiło ostrze ciężkiego sztyletu. Calishita prawdopodobnie zdążył jeszcze zobaczyć, jak złamane ostrze jego szabli uderza o ziemię, zanim świat mu zawirował, a coś mokrego i lepkiego zbryzgało twarz. Budyń? Jego odcięta głowa mogła jeszcze żyć, aby to zobaczyć, ale on sam był już martwy, zanim głowa i ciało dotknęły ziemi.
Jego głowa żyła, ale ciało nie. Dobry trip.
 Poza tym, stylistyka tak bardzo :(

Kusznik nie zamierzał dłużej czekać, by kląć, błagać o litość czy struchleć z przerażenia. Może nie był najbystrzejszym człowiekiem na Wybrzeżu Mieczy, ale był bystry na tyle, by w trosce o własne życie rzucić się do ucieczki. Abdel, wciąż ogarnięty niepohamowaną żądzą mordu, gonił go tak długo, aż wreszcie dopadł i pokrajał na kupę broczącego krwią mięsa.


W końcu przybrany syn Goriona z Candlekeep, wyczerpany do nieprzytomności opadł na tę stertę podziurawionej skóry, flaków, strzaskanej kuszy, i zapłakał.
* * *
Abdel od lat sprzedawał siłę swego ramienia i umiejętności wzdłuż i wszerz całego Wybrzeża Mieczy.
Może wilki nie dawały zbyt wiele expa, a ich futra, zęby i pazury nie były przydatne, ale łupy dało się dobrze sprzedać. 

Ostatnie dziesięć dni tygodnia spędził eskortując karawanę kupiecką od Wrót Baldura do biblioteki w Candlekeep.
Jakiż to mędrzec w tym uniwersum wymyślił, że tydzień będzie miał dziesięć dni?
Harptos. Ten mędrzec nazywał się Harptos (tak, w Zapomnianych Krainach tydzień trwa 10 dni. Jak widać, mojemu ulubionemu pisarzowi zdarza się tak zwany riserdż). W gwoli wyjaśnienia: rok w ZK dzieli się na 12 miesięcy po 30 dni + kilka dni gratisowych (świątecznych, które mają miejsce między niektórymi miesiącami), każdy miesiąc dzieli się na trzy tygodnie, składające się z dziesięciu dni właśnie.
To rozwiązanie jest sensowne, a jednocześnie zaburza rozumowanie współczesnego człowieka...
Chociaż ani polska, ani angielska etymologia słowa tydzień/week nie wskazują bezpośrednio na ilość dni, więc faila jako takiego nie ma, uważam, że skoro występuje takie słowo jak dekadzień/tenday - p. Athans powinien był użyć właśnie jego. Uniknąłby nieporozumień.
 
Masywny monastyr w Candlekeep
Gdzie mój facepalm...
SAM JESTEŚ MONASTYR! TO BYŁA BIBLIOTEKA!
BI-BLIO-TEKA
 
był jego domem w czasach dzieciństwa, a przynajmniej czymś, co najbardziej przypominało mu prawdziwy dom. To właśnie tam Gorion, dobry, choć przy tym dość surowy mnich,
&%^&%^#$
Ocipiałeś?! Gorion nie był mnichem! Gwałć sobie kanon, ale ja nie będę na to spokojnie patrzeć! Gdzie moje ziółka?!
*Szykuje napar uspokajający dla Jadzi*
W gwoli ścisłości: wiem, że książka została wydana w 1999, a druga część gry - w której pojawia się klasa mnicha - wyszła dopiero rok później, ale mimo wszystko: Candlekeep było biblioteką, a w bibliotece nie mieszkają mnisi. A Gorion był magiem.

obudził w nim wiarę w Torma, boga śmiałków i głupców.
Torm... Bóg śmiałków i głupców... Ale... ale przecież to był bóg paladynów znanych w grze... i w ogóle...
Akurat zawsze uważałam, że Anomen jest po prostu głupi.

Poza tym, jak czytamy na ZK'nowej wiki: 
"Monastic traditions appear to have originally arisen in Amn and Calimshan simultaneously, though traditions from Kara-Tur and other material planes immigrated to Faerûn and may have originated earlier. (...) Most monastic orders were  gods most commonly worshiped by monks tended to be champions of virtue like Bahamut, deities of battle such as Tempus, or those who required of their followers a disciplined lifestyle. Monks of Ilmater, Shar, and Yondalla (among the few halfling monks) were also common and members of the Shining Hand were devoted to Azuth."

Tak więc, drogi p. Athans - nie mamy żadnych informacji ani na temat mnichów z Wybrzeża Mieczy, ani mnichów czczących Torma. Sorry, próbuj dalej.
Albo może lepiej nie.
Abdel uwierzył w boga śmiałków i głupców. Przypadek?

To tam próbował zaszczepić w nim miłość do słowa pisanego, historii i tradycji Faerunu. (...)

Goriona przerażały niektóre potrzeby Abdela: jego potrzeba walki, zabijania, ale przy tym zdawał się je rozumieć, jakby spodziewając się tego po swym przybranym synu.
Subtelny foreshadowing nie jest subtelny. Zresztą, o czym ja mówię, tu nie będzie żadnego suspensu, przekonacie się za dwa rozdziały.

Jednak z drugiej strony nigdy nie mógł mu tego wybaczyć. Abdel wcale nie był podobny do tego mnicha. Nikogo też, kto ich dobrze znał, nie dziwiło, że ich sposób myślenia także się różni.
Brak podobieństwa jest raczej oczywisty, skoro nie są ze sobą spokrewnieni.

[Abdel spotyka się z Gorionem w Candlekeep i zgadza się towarzyszyć mu w drodze do gospody, gdzie mają czekać pewni ludzie.]

Tak więc następnego ranka po raz pierwszy razem opuścili Candlekeep, podążając Nabrzeżnym Traktem
A nie Lwim Traktem? Nadbrzeżny Trakt to chyba trochę dalej...

do gospody „Pod pomocną dłonią”. Podróż była przyjemna, aż do owego feralnego trzeciego dnia marszu, kiedy to tuż przed południem drogę zagrodzili im zabójcy.
* * *
[Gorion nagle się budzi. Ze strzałą w oku. Tak, nam też to dało raka 
Chyba miało być dramatycznie...

Ojciec zamrugał zdrowym okiem, źrenica błądziła ślepo po gałce, jego lewa ręka zaczęła wolno sunąć w kierunku kieszeni pasa. Prawa ręka drgała konwulsyjnie, palce zaciskały się na żwirze, jakby próbując zdusić ból.
– Mój... – udało się wypowiedzieć Gorionowi. Tylko to jedno, wyraźne słowo. Wiemy, widzimy, dziękujemy, narratorze.
– Tak – szepnął Abdel. Gardło znów mu się zacisnęło, nie pozwalając wydusić ani słowa więcej. W oczach znów stanęły mu łzy na widok broczącego krwią, umierającego ojca.
– Powstrzymaj... – rzekł Gorion nadspodziewanie dźwięcznym głosem. Powiedział coś jeszcze, ale co? – tego Abdel już nie zrozumiał.
Ręce mnicha wzniosły się w górę. Abdel zdał sobie nagle sprawę, że przygotowuje się on do rzucenia czaru. Gorion dotknął go raptownie, ręce umierającego raczej spadły na niego niż świadomie opuściły. Fala ciepła ogarnęła tułów Abdela i nagle palący ból znikł jak ręką odjął.
Phil, patrz mię w klawiaturę: GORION. JEST. MAGIEM. NIE. KAPŁANEM. NIE. MOŻE. LECZYĆ. W chwilach jak ta mam wrażenie, że mój ulubiony autor zna uniwersum z opowieści, a nie gier/książek.
Dobrze, że nie znam uniwersum. Nie starczyłoby ziółek do uspokojenia nerwów na nas dwie.

Gorion z sykiem wciągnął długi, bolesny oddech. Abdel, którego rana już się zasklepiła, prawie całkowicie wyleczony, powiedział:
– A teraz twoja kolej.
Gorion nie zaczął rzucać następnego leczącego czaru.
– Ten był jedyny – wychrypiał mnich.
AHAHAHA, bo się rozpłaczę. Gdzie moja plakietka z Nagrodą Darwina?
Co. za. debiiil.
Teoretycznie poświęcenie czaru na ocalenie wychowanka to szlachetny gest... ale czy Abdel nie zginąłby wcześniej, gdyby rana była śmiertelna?

Abdel zapragnął przekląć swego przybranego ojca za to, że zmarnował na niego swą jedyną leczącą modlitwę.
– Ty umierasz... – tylko to był w stanie z siebie wykrztusić.
Well duh
– Powstrzymaj wojnę... Ja już nie mogę...
Ciało Goriona zatrzęsło się od nagłego, wyczerpującego kaszlu i nagle w gwałtownym spazmie wyciągnął lewą rękę ku Abdelowi, tak że ten aż się wystraszył. Gorion ściskał w dłoni kawałek podartego pergaminu. Wysiłek sprawił, że opierzony bełt zadrżał w jego przebitym oku. Na pergamin padły krople krwi.
Czemu wydawało mi się, że Gorion leżał? 
Przejrzałam fragment i za nic nie mogę znaleźć wzmianki o tym, w jakiej pozycji był umierający.

Abdel sięgnął, by chwycić dłoń ojca i Gorion wypuścił pergamin.(...)
– Twój ojciec... – i znów kaszel. Łza spłynęła z oka Goriona, jego jedynego oka, które mogło jeszcze płakać. Znów zmusił się do mówienia – Khalid... Jahe...

I zaraz potem wydał swoje ostatnie tchnienie, a jego zdrowe oko spojrzało w niebo. Abdel krzyczał nad konającym ojcem tak długo, póki nie dostał chrypy jego ramię nie przestało konwulsyjnie drżeć. Ręka najemnika mimowolnie chwyciła pergamin, jego dłoń zacisnęła się na nim. Długo jeszcze siedział na drodze, w towarzystwie martwych jedynie i kraczących wron,
Zombie wrony, co martwe są, w wciąż kraczą.
Składnio, stahp!

aż w końcu wstał i zaczął wygrzebywać ojcu grób.

To już koniec pierwszego rozdziału. Naszą analizę także tutaj zakończymy, bo zalecane dzienne spożycie treści słabych książek zostało przekroczone.

Z traktu pełnego trupów pozdrawiają: rzucająca szablami Deni i Jadzia, która poszła dalej levelować swoją złodziejkę.

wtorek, 8 września 2015

Moda na Tró Loff: Krasnoludy trzymane w klatkach (Droga do... cz.1 i 1/8)

Witam!
Tak, wiem, że znowu się opuściłam, choć ostatnio obiecywałam poprawę. Mimo to są dobre strony: miałam udane wakacje, a niedawno pojawiła się w Borze pewna bezdomna istotka. Wyglądała tak marnie i tak niewinnie, a mnie tak brakowało towarzystwa, że wzięłam ją do siebie. Dziś przedstawiam wam Jadzię. Więcej szczegółów z jej internetowego życia poznacie w następnej analizie.
Wracamy do śledzenia losów naszych elfich bohaterów, którzy wkraczają właśnie w wydarzenia z filmowej adaptacji "Hobbita". Niestety w czasie, kiedy wymigiwałam się od pisania analizy, autorka zdążyła usunąć blogaska i zostało mi z niego tyle, ile dałam radę zanalizować, kiedy mi się jeszcze chciało. Jadzia także się dołączyła.
Link (pewnie i tak wyśle do pustej strony, ale trudno): http://www.wattpad.com/122293450-droga-do-7-wezwanie-i-krasnolud-kolejna-zazdrosc
Analizują: Deni i Jadzia.

7. Wezwanie i krasnolud. Kolejna zazdrosc.
-Panie dostałeś list. Od ojca.-posłaniec dał Legolasowi list.
-Dziękuję.-odpowiedział i zaczął go czytać-Co? To nie możliwe! 13 krasnoludów zabłąkało się w Puszczy? Jest w więzieniu? I... chcą walczyć o skarb- Legolas przełknął głośno ślinę- ze... Smaugiem?
To brzmi tak, jakby Leguś nie miał bladego pojęcia o napadzie na Erebor i o bogactwach krasnoludów zgarniętych przez smoka. Co jest prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że książkowy król Mrocznej Puszczy zamknął krasnoludów w lochach, bo nie chcieli mu powiedzieć, gdzie idą, czyli nie wiedział, jaki jest cel ich podróży. Ale i tak czytanie o zadziwionym Legolasie mnie śmieszy.

[...]
Musiał tam być. Miał przeczucie że niedługo zdarzy się coś niezwykłego. Poszedł do Tauriel.
-Tauriel? Jedziesz ze mną do domu?- zapytał niepewnie.
-O co chodzi?- spytała Tauriel
-O to -powiedział Legolas i podał Tauriel list. Czytała na głos:
-Synu, musisz wrócić do domu. Szybko. (Jak widać, Thranduil bez Legolasa wytrzymał krócej niż Legolas bez Thranduila.) 13 krasnoludów z Ereboru zaplątało się u nas i teraz są w więzieniu lochach, a konkretnie to ja ich tam wtrąciłem. Chcą wywalczyć skarb. (Brzmi trochę jak zapowiedź nowej edycji Erebor's got talent!) Napada na nas coraz więcej orków. (Tak se powiedziałem ni z gruszki, ni z pietruszki.) Czuję że dzieje się coś złego.
Twój ojciec; Tranduill 
Piszę na wszelki wypadek imię, żebyś wiedział który. 
Oj, autorko, wypadałoby czasem wysłuchać głosu ludu, bo wypomnieli ci już, że piszesz to imię źle.

[Tauriel oczywiście się zgadza.]

X.X.X
Gdy tak jechali na koniach i byli już blisko puszczy napadły na nich olbrzymie pająki. Bronili się dzielnie i udało im się opanować krwiożercze stwory.
Ten fragment otrzymuje Pozłacany Nóż do Masła w kategorii "Najbardziej leniwie opisana scena walki" oraz szczere kondolencje z powodu utraty w boju przecinka.
Wow. To pasuje bardziej do opisu naprawy spłuczki toaletowej.

Dotarli do bram Legolas poszedł rozmawiać z ojcem a Tauriel, sprawdzić czy wszystko w porządku ze strażami.
Jak już przecinek raczy się pojawić, to nie tam, gdzie trzeba. Dwa słowa w lewo i byłoby dobrze.

Okazało się że wszystkie klatki są dobrze strzeżone. 
E-e, w klatkach trzyma się kanarki i niewinne zwierzęta cyrkowe. W siedzibie leśnych elfów są cele.
Uff, ulżyło mi, od tego napięcia prawie wrzodów dostałam.
Skoro tak, to od późniejszego dylematu, czy odwzajemnić uczucia Kilego czy Legolasa, pewnie zrobiłyby ci się odparzenia lub inne paskudztwo.

Jednak niestety tylko tyle zostało z "Drogi do...". Autorka miała pewne przebłyski, że tworzy bubla, i jak widać nawet pocieszające komcie stałych czytelniczek nie pomogły.

Zatem do zobaczenia w analizie kolejnego "dzieła" już wkrótce (tak, na pewno! Jadzia może poświadczyć!).

Z Mrocznej Puszczy pozdrawiają: sprawdzająca klatki Deni i przygotowująca się do występu w Erebor's got talent! Jadzia.

 

wtorek, 9 czerwca 2015

Moda na Tró Loff: Spotkali się w lesie ruda i blondyn... (Droga do... cz.1)

Witam!
Całe wieki minęły, odkąd opublikowałam ostatnią analizę. Oto powracam i robię wejście smoka, albowiem tego, co mam wam do zaprezentowania, zapewne wasze oczy nie widziały od czasów "Trochę śmiechu z władcą pierścieni", zwłaszcza że dzisiejszy twór także obraca się w krainie Śródziemia.
Teraz mamy do czynienia z alternatywną historią Legolasa i Tauriel. Autorka przywiązała bohaterów do kuli wyburzeniowej i zmusza, żeby bujali się i obijali o napotkane mury, czyli okrutne zwroty losu, a my bujamy się i cierpimy razem z nimi.
Dowiemy się między innymi: co nieco o technologii Śródziemia,  jak nie powinien zachowywać się rodzic, co tak naprawdę robi w swoim królestwie Galadriela oraz jak to jest widzieć tekst niemal całkowicie obnażony z przecinków.
Link: http://www.wattpad.com/121168073
Analizuje Deni. 

1. Zaleźliśmy sobie za skórę się od nowa. I co dalej?
Pewnie zdołaliście domyślić się, od czego zaczyna się historia z Legolasem w roli głównej. Widziałam w życiu nie jedno opko o bohaterach Śródziemia, jednak czegoś takiego bym się nie spodziewała:
Legolas. Książę Mrocznej Puszczy. Przystojny blondwłosy elf coraz częściej myślał o tym że jest jako tako samotny.
Fanfiction o postaciach, które wszyscy znają i nie wszyscy kochają, rozpoczyna się słowami ody do pięknego Legolasa. 
Z reguły czytelnikiem fanfiction jest osoba, która zna kanon i nie musi dostawać opisu postaci, bo ją doskonale zna, przynajmniej z wyglądu, ale autorka pewnie o tym nie pomyślała.

Miał przyjaciół co prawda, ale nie miał dziewczyny. Nie byłby to taki wielki problem, gdyby Legolas nie miał 19 lat!  
Valarowie, widzicie, a nie grzmicie...
Śmiać się czy płakać... Legolas? Dziewiętnaście lat? No chyba kilka wieków przed narodzeniem Bilba Bagginsa.
No i gdzie się podziały przecinki? Wypadałoby przynajmniej podstawowe reguły znać!

Znał kiedyś taką Tauriel. I to do niej powracał w marzeniach. Ale ona zmarła. Gdy miała... 12 lat. Nagle, z oddali Legolas zobaczył rudowłosą elfkę.
Myślał:"Albo wzrok mnie myli albo... to Tauriel! Ale mnie raczej wzrok nie myli więc... to ONA" Nie myśląc wiele Legolas ruszył w jej stronę.
Och, umarła jednak jest nieumarła. Cóż za... zwrot akcji.

Rzeczywiście nie mylił się. To była ONA. Gdy zobaczyła Legolasa okropnie się zdziwiła. Powiedzieli niemal równocześnie.
-Tauriel?
-Legolas?
A potem całkiem równo:
-Czy to naprawdę ty? 

Roześmiali się. Rozbawiła ich ta sytuacja.
Gdyby nie było dopisku, nie wiedzielibyśmy, że roześmiali się, bo coś ich rozbawiło. To byłoby za mało oczywiste! 
[...]
2.Przyjemnie nad rzeką. Jednak nie długo.
Legolas i Tauriel po pierwszym spotkaniu od wielu lat robili jeszcze mnóstwo rzeczy. Przejażdżki konne, spacery nad rzeką, spotkania z przyjaciółmi. Dni mijały szybko. Tauriel zamieszkała w pałacu, stała się przywódcą gwardii pałacowej i poznała nowych przyjaciół.
Ojej, jak milutko, aż włącza się w głowie taka wesoła poranna muzyka. 

Cud, miód i w ogóle, ale niestety nasza kula zmierza już w stronę pierwszego muru:
Wszystko byłoby dobrze gdyby nie... ojciec Legolasa. Królowi Tauriel się nie spodobała. Szczególnie że widział iż elfka spodobała się Legolasowi. Nie chciał dopuścić do tego by byli razem. 
Konflikt z Thranduilem jako jeden z głównych standardów każdego opka o "miłości" Legolasa zaczyna się z grubej rury. Nie, nie, król wcale nie ma nic do niekrólewskiego pochodzenia Tauriel, ona zwyczajnie mu się nie podoba, jakkolwiek niewygodnie to brzmi.
W ogóle Thranduil zostaje tutaj dość mocno potraktowany z buta jako postać z kanonu, bo jest tym zUym, który nie chce, by wielka miłość się rozwinęła. Zresztą sami wkrótce zobaczycie.

X.X.X
Legolas zaproponował Tauriel i jeszcze paru innym przyjaciołom pójście nad rzekę. Wszyscy się zgodzili bo było ciepło. Nawet wieczorem bowiem była 19:30.
 

A bohaterowie wiedzieli to, bo każde z nich było zaopatrzone w naramienny zegarek słoneczny nowej generacji. Najświeższa nowinka technologiczna Śródziemia.

Poszli więc nie wiedząc że śliedzi ich nie kto inny jak Tranduill.
Bo Thranduil nie ma kompletnie nic do roboty w Mrocznej Puszczy jako władca, więc może sobie pozwolić na obsesyjne kontrolowanie dorosłego syna. Na pewno.

Aragorn (O pieruńcio, co on robi w tym opku? Aragornie, wiej, póki nie jest za późno!) zaproponował:
-Słuchajcie kochani, może popływamy?
-Świetny pomysł!- wykrzyknęła Tauriel i pierwsza rzuciła się do wody.
-Ej. A ja?- spytał się Legolas
-A ty też- powiedziała Tauriel i skoczyła na Legolasa po czym oboje wpadli z pluskiem do wody.
Wszyscy zaczęli się śmiać. Jednak śmiech ucichł, gdy:
-Co ty tu robisz synu?!-zezłościł się Tranduill
Nie dziwię się, że tamci nagle ucichli, skoro Thranduil (w komentarzach zwrócono uwagę autorce, że źle zapisała to imię. Wiara w ludzkość odzyskana) pojawił się tak znikąd i zachowuje się jak nie Thranduil.

-Eeee... ja...
-Czy ty... ty... nie pamiętasz...
-On jest dorosły i może robić co mu się tylko podoba!- Tauriel nie spodobało się że ojciec tak kontroluje Legolasa więc postanowiła go bronić.
-Nie wtrącaj się!- Krzyknął Tranduill
-Ja się nie wtrącam, tylko próbuję bronić przyjaciela!
-Zaraz pożałujesz!
-A co mi zrobisz?- mówiła coraz odważniej Tauriel
-Chcesz naprwdę żebym coś zrobił?- Tranduill był już naprawdę wściekły 
W tym momencie Legolas pewnie czuje się zażenowany, skoro teksty jego ojca ograniczają się do pogróżek siedmiolatka. Aż się przypomina najnowsza reklama mentosów.

- A w ogóle to jak ty się zwracasz do swojego króla?
-Ten król nie jest godny mówienia do niego z szacunkiem,(opkowy z pewnością)-powiedziała Tauriel, szepnęła coś do Legolasa, odwróciła się na pięcie i pomaszerowała do zamku kopiąc kamienie.
No to sobie pomaszeruje, bo z Mrocznej Puszczy do najbliższego zamku jest długa droga, zwłaszcza na piechotę. Siedziba leśnych elfów to z pewnością nie zamek.

3. Ważna decyzja i wyjazd.
[Legolas kłóci się z ojcem. Nie podoba mu się niańczenie i wyznaczanie, co jest be, a co nie, a Thranduil dochodzi do naiwnego wniosku, że jak przestanie się "troszczyć" o syna, cytuję: "sprzykszy mu się buntowanie". Oczywiście.]

-Dlatego ojcze, wyjeżdżam na dwa tygodnie do Lothlorien.-postanowił Legolas
-Dobrze-chłodno powiedział Tranduill-przygotuj się do drogi a ja powiem sługom żeby przygotowali powóz. 

Okej, mogę zrozumieć, że w centrum Mrocznej Puszczy leśne elfy dały radę sklecić jakiś powóz, ale życzę powodzenia w poruszaniu się czymś takim po zawiłych ścieżkach zdradzieckiego lasu pełnego ogromnych pająków. Dla nich taki pojazd z ludźmi w środku jest jak jajko niespodzianka.
Poza tym, kanoniczny Legolas nigdy nie dał po sobie poznać, że jest z rodziny królewskiej - na naradę do Rivendell przyjechał konno, a nie powozem, jak jakiś rozpieszczony księciunio.

Legolas już nic nie odpowiedział tylko poszedł się pakować. Wtedy przyszła Tauriel.
-Pakujesz się? Gdzie wyjeżdżasz?

-Do Lothlorien. Chcesz jechać ze mną?
-Pojadę... ale później. Muszę szkolić oddział. Powiedz wszystkim że dojadę wieczorem bo mam dużo pracy.
-Tauriel!!-zawołał któryś z żołnierzy, który zwracał się do swojego dowódcy po imieniu, bo w elfim wojsku nikt się nie bawił się w uprzejmości typu "pani kapitan".

-Już idę. Poczekajcie- Krzyknęła Tauriel
-Ale na pewno przyjedziesz?
-Na pewno.- potwierdziła Tauriel i uśmiechnęła się ciepło do Legolasa.
Elf wyszedł na zewnątrz i wsiadł do karety. Zasnął.

Owszem, kareta jest dość królewska i godna majestatu Legolasa, ale serio, czy coś takiego przejedzie w jednym kawałku przez Mroczną Puszczę?
  
4. Nowi przyjaciele i małe komplikacje.
Legolas dojechał do Lothrien wczesnym rankiem. Poszedł rozmawiać z Celebornem i jednym ze strażników. Gdy tak rozmawiali przyszła do nich bardzo ładna, ciemnowłosa dziewczyna w niebieskiej sukni z odkrytymi ramionami. Wyciągnęła rękę do Legolasa i przywitała się:
-Dzieńdobry jestem Jamine i jestem księżniczką tego królestwa.
 

Uch, już jej nie lubię. Wyobraźcie sobie, że mówi to na jednym wdechu (co wnioskuję z braku przecinków), to zrozumiecie.

-Witam. Bardzo mi miło.- Legolas schylił się i pocałował ją w rękę- ja jestem Legolas, książę Mroczej Puszczy. (Mrocza Puszcza - jak to uroczo brzmi. <3)
Jasmine była zauroczona. 

Wiadomo - to przecież Legolas.

Nagle przyszła Galadriela i przerwała tę uroczą scenę.
-Śniadanie już gotowe proszę państwa.

Przepraszam, ale czy królowa Lothlorien została zdegradowana do roli służącej, że zamiast oczekiwać na gości u boku męża, przychodzi później, na dodatek by oświadczyć, że posiłek jest gotowy? Zupełnie jakby sama podawała do stołu...
[...]
X.X.X
Była kolacja. Tauriel nie było. Więc po skończonym posiłku Jasmine poszła z Legolasem na taras. Rozmawiali sobie przyjemnie.
Było opko. Poprawności nie było. Więc po skończonej analizie Deni udała się do łóżka. Zasnęła sobie ochoczo. 

Nagle, ni z tąd ni z owąd pojawiła się rudowłosa elfka
-Co tu się najlepszego odbywa?!-wykrzyknęła
-O cześć Tauriel!- przywitał się Legolas i cmoknął ją w policzek. Elfka była tym gestem nieco zaskoczona.
-Legolasie, kim jest ta laska?!- powiedziała zbulwersowana Jasmine

Uuu, ktoś tu robi się zazdrosny o osobę, którą zna dopiero jeden dzień...
 

-To moja przyjaciółka. Jest cudowna.- Po tych słowach Tauriel zaczęła chchotać i opowiadać coś Legolasowi. Potem byli zajęci tylko sobą. Jasmine poszła obrażona do swojej komnaty.
Co?! Przystojniak woli tę wiewiórę ode mnie?! Przecież ja jestem księżniczką!!1oneone1 FOCH! 
Przy okazji, ten cały wątek z Jasmine jest podejrzanie znajomy... (Uwaga: link zawiera lokowanie analizatorni)

5. Zazdrośnica
Obrazona Jasmine postanowiła odwrócić uwagę Legolasa i Tauriel od siebie nawzajem. Krzyknęła więc:
-Orkowie! Orkowie!
-Tam nie ma żadnych orków.- odkrzyknęła Tauriel.
Jasmine jednak wzięła strzały i strzelała... w drzewa.
To chyba raczej rzucała tymi strzałami, bo powiedziane jest, że wzięła strzały, a o łuku nic. Zdolna jest, nie powiem.

Myślała że to wygląda wiarygodnie ale myliła się. Tauriel nie dała się oszukać. Popatrzyła tylko na Jasmine tak jakby miała urojenia.
Myślę, że nie trzeba być nawet elfem, żeby nie nabrać się na tę błazenadę, aczkolwiek z tego zdania wychodzi, że tylko Tauriel wywietrzyła podstęp.

 Legolas powiedział Tauriel na ucho
-Przepraszam idę porozmawiać z Aragornem.
-Dobrze. To ja już pójdę do pokoju. Możesz ewentualnie przyjść.
Jest wieczór. Tauriel właśnie zaprosiła Legolasa do siebie do pokoju... (If you know what I mean)
A Aragorn to, jak mniemam, przypadkowo znalazł się w Lothlorien w tym samym czasie, co bohaterowie. 

[Dochodzi do konfrontacji Tauriel z Jasmine. Ruda jest przekonana, że z blondasem łączy ją tylko przyjaźń i nie ma nic do uczucia księżniczki. Niestety Jasmine nie zna umiaru we wkurzaniu innych...]

-Tylko spróbuj jeszcze raz powiedzieć do mnie w ten sposób to pożałujesz!
-Haha. Napewno.-Jasmine powiedziała to z taką pogardą w głosie że Tauriel nie wytrzymała. Uderzyła ją tak mocno że krew z nosa jej leciała.
Nagle wszedł Legolas.
-Cześć, myślałem że jesteś... Co tu się stało?
Leguś pojawia się w porze i w czasie. Nie koniecznie dobrej, ale jest.

6. Tutaj zaczynają się kłopoty.
 -Co tu się stało?!- powtórzył Legolas
-No boo.. ona mnie wkurzyła. Mówiła do mnie z taką pogardą. Obrażała mnie. Musiałam jej pokazać że się ze mną tak nie rozmawia!- wypaliła szybko Tauriel
-Ale ja się pytam co TY jej zrobiłaś??- dociekał zdenerwowany Legolas jakby nie słuchając wyjaśnień.

-Uderzyłam ją! Pasuje??!- krzyknęła Tauriel- zdenerwowała mnie! Nie wiesz jaka to wredna żmija!
-Ale to nie powód żeby ją bić!-krzyczał Legolas
-Bronisz jej?!
-...- Legolas milczał 

Przy czytaniu tego dialogu odnoszę dziwne wrażenie, że Jasmine została znokautowana i teraz leży twarzą do podłogi w rosnącej kałuży krwi, podczas gdy ta parka się kłóci. 

-A myślałam że jesteśmy przyjaciółmi!- powiedziała z żalem Tauriel, zasłoniła oczy bo się rozpłakała i uciekła z pokoju. Nie chciała żeby Legolas zobaczył że płacze. Bo nie ma po co.
Nie żebym uważała kanoniczną Tauriel za niewrażliwą mendę, ale z pewnością nie rozpłakałaby się tylko dlatego, że najlepszy kumpel jej nie rozumie. 

Zwolniła nieco kroku kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Postanowiła otworzyć. I tak też zrobiła.
Otworzyła zatem drzwi, które zmaterializowały się na środku podwórza, bo przecież wyszła z pokoju i pewnie niemały kawałek uszła.

Wtedy, jej oczom ukazał się jej ukochany przyjaciel Lurien. Przytuliła go mocno i szepnęła:
-Cieszę się że jesteś...
-Ja też się cieszę że cię tu znalazłem- odpowiedział również szeptem Lurien.
Gdy Legolas to zobaczył coś go ukłuło w środku.
Ło, Leguś się nagle teleportował. Nie zdążyłby najpewniej zobaczyć tej scenki, gdyby otrząsnął się z szoku po reakcji Tauriel i normalnie wyszedł za nią drzwiami.
 [...]
Legolas skierował swe kroki do ogrodu w którym siedzieli Tauriel i Lurien. Chodził, gwizdał, chodził i... nic. Tauriel jakby go nie widziała.

I prawidłowo. Książątko domaga się uwagi na siłę, zamiast podejść jak dorosły i spytać, czy Tauriel ma chwilę, by z nim porozmawiać.

-Tauriel, musimy pogadać...- powiedział to takim tonem jakby coś go dręczyło i było to nad_wyraz ważne
Do tego książątko bezczelnie wtrynia się w rozmowę, nie zaczynając nawet od "przepraszam". Nieładnie!

-Nie teraz. Widzisz, że rozmawiam?
-No tak ale to bardzo ważne. Proszę...
-No dobra- wstała i westchnęła- o co chodzi?

Tymczasem pozostawiony bez słowa sam sobie Lurien poprawił kołnierzyk, splótł dłonie i zapatrzył się na pobliskie krzewy w oczekiwaniu na swój moment w fabule...
 

-Chciałem cię przeprosić...-zaczął Legolas
-Za co niby?
-No za to co zrobiłem. Za Jasmine.
-Po co ty mnie za to przepraszasz? I tak mnie nie obchodzi to co o mnie myślisz.  

Zapewne nie obchodziły cię jego myśli też wtedy, gdy zarzuciłaś mu zdradę kumpelską i uciekłaś z płaczem. Mhm.

[Legolas próbuje coś jeszcze powiedzieć Tauriel, ale ta sądząc, że tego to dotyczy, dalej uważa, że nie ma nic przeciwko jego związkowi z Jasmine i urywa rozmowę.] 

X.X.X
-Książę. Dostałeś list. Od ojca.
Powiedział tajemniczy głos, należący prawdopodobnie do Narratora, który powoli pcha nas i bohaterów w stronę nawiązań do filmowego "Hobbita". Ale o tym w następnej części analizy.

Mam nadzieję, że analiza stworzona po długiej przerwie wam się spodobała. Nie odchodźcie jednak daleko - kolejna część pojawi się całkiem niedługo, bo za co najmniej tydzień. Duża odmiana po ostatnich długich odstępach, nieprawdaż? 

Z Mroczej Puszczy pozdrawia was projektująca karety terenowe Deni.

niedziela, 7 grudnia 2014

Trojaczki merysujkowojajowe, pies jak sarna i kuchnia japońska (Dzieci Żywiołów, cz. 1)

Witam!
Gdyby istniał ktoś taki jak patron autoreczek i autorów, to chętnie zrzuciłabym na niego odpowiedzialność za to, że dzisiejsza analiza nie będzie dotyczyła Władcy Pierścieni tak jak zapowiadałam. Nie udało mi się znaleźć godnego materiału na analizę w tej kategorii, jednak znalazłam coś, co tak samo jak fanfiki o LotR nazywa siebie opowiadaniem fantasy.
To opko jest z gatunku tych, które lubicie najbardziej: historia nastolatków, od których ni stąd ni zowąd zaczyna zależeć los pewnego marnego świata (ale o tym sza, bo w pierwszych rozdziałach udają, że nikt nic nie wie). Zetkniemy się tutaj z trójką rodzeństwa, które nie podlega prawom genetyki i kobietą z plemienia Inków. Dodatkowo będą rozterki "kujonicy", co najmniej jedna gadka naukowa i zatrważający brak przecinków.
Link do bloga: http://dzieci-zywiolow333.blogspot.com/
Analizowała Deni.

  Prolog: Lawenda
Bez wahania nacisnęłam klamkę ciemnozielonych drzwi, chociaż powinnam trochę bardziej przygotować się do rozmowy z przyjaciółkami, przez całą drogę nie wymyśliłam jak im to powiedzieć. Przecież skazałam ich dzieci na wojnę.

Uuu, mrocznie się zapowiada. 

 Znalazłam się w przytulnym salonie z żółtymi ścianami. Na wytartej kanapie siedziała Samantcha, była w ciąży ale nawet teraz wyglądała pięknie.

To brzemienność w jakiś sposób psuje wizerunek zewnętrzny kobiety? Autorko no weź! Sama ciąża nie jest jeszcze taka zła, gorzej jak już się urodzi i skóra na brzuchu nie odzyska jędrności.
Poza tym intryguje mnie ta Samantcha. To się czyta "Samancza"? Brzmi jak imię człowieka z plemienia Inków.

  Długie, złote loki opadały jej na plecy, a niektóre na opaloną twarz, zielone oczy zatrzymały się na mnie. Obok, na fotelu siedziała Lucy, ona też była śliczna. Biała jak śnieg twarz, pełne, czerwone usta, kruczo czarne włosy zaplecione w długi warkocz i błękitne oczy. 

Och, ach, zaraz dostanę kompleksów! Nie no bez przesady, nie będę zazdrosna o ludzi z opka. 
Takie opisy sprawiają, że  czasem brakuje mi postaci, które byłyby brzydkie lub po prostu przeciętne. Czy to takie trudne?

 W rękach trzymała niemowlaka z kępką ciemnych włosów. Drzemało smacznie z zaciśniętą, pulchną piąstką  przy usteczkach. (Niemowlak trzymał kępkę włosów w tej piąstce?) Od zawsze zazdrościłam przyjaciółkom urody, nigdy nie podobały mi się moje rude włosy i zwyczajne, piwne oczy. 

No wiesz, bohaterko?! 


 Zresztą na przykład niebieskie tęczówki nie pasowałyby do rudych włosów.
 Osobiście mam piwne oczy (rudych włosów już nie) i nie chcę mieć innych.

 -Bliźniaki?- zapytała natychmiast Lucy odrywając oczy od synka.
   Zdobyłam się tylko na pokręcenie głową. Nie miałam odwagi nic powiedzieć kiedy widziałam jak Lucy bardzo zależy na swoim synku.
-Jedno?- odezwała się Sam.
   Znowu tylko pokręciłam głową.
-Wcale?
-To trojaczki- wykrztusiłam kiedy głośno przełknęłam ślinę.
   Na chwilę zapanowała cisza, wszystkie utkwiliśmy wzrok w podłodze. 

Czuję, że ta cisza jest związana albo z poprzednio wspomnianym skazywaniem dzieci na wojnę albo z faktem, że bohaterki nie wiedzą do końca swojej płci (bo skąd to "utkwiliśmy" zamiast "utkwiłyśmy"?).

Milczenie stawało się czymś strasznym, przez tą (tę) ciszę myśli zaczęły buzować w mojej głowie. Wyobraziłam sobie jak z przejścia nagle wychodzi Bertus niosący ciało piątki nastolatków.

Pierwszy raz słyszę, że kilkoro ludzi może mieć jedno ciało oraz że dorosły mężczyzna może być na tyle silny, żeby udźwignąć pięcioro nastolatków na raz. Choć w sumie skoro była dziewczyna umiejąca unieść sto kilo makijażu na twarzy, to wszystko jest możliwe.

 Zaraz przed oczami stanęła mi wizja pięciu postaci które nagle ze wszystkich stron ogarnęły pędy bluszczu, ogień i lód, a wszystko obserwuje wysoka kobieta śmiejąc się z tego widoku. Następnie rękę którą rozcina diamentowy nóż, tą samą kobietę pijącą eliksir.

Było tak blisko... Do szczęścia analizatora zabrakło przecinków przed "które" i "która". Nauka tworzenia zdań złożonych przydawkowych się kłania. 

Zacisnęłam mocno dłonie na spódnicy, próbując za wszelką cenę pozbyć się tych wizji.
-Przepraszam- powiedziałam w końcu wciąż ze spuszczoną głową.- Nie chciałam żeby przeze mnie musiały walczyć.
-Lawendo, przecież to nam daje wszystkie pięć mocy- odezwała się Samantcha- Wiesz że mogą ją pokonać.

Nie rozumiem. Kto, kogo i dlaczego? Samantcho, wydajesz się całkiem sympatyczna... Może wyjaśnisz? *pełna nadziei*
Poza tym zastanawia mnie fakt, dlaczego bohaterka nazywa się Lawenda. Przemilczmy prawdopodobieństwo błędnego napisania imienia Lavender przez autorkę.

-Ale mogą też umrzeć- dodałam cicho i spojrzałam jej w oczy.
-Muszą wykorzystać dobrze moce, wtedy nic się im nie stanie- powiedziała.
-Skąd mamy wiedzieć co się może im stać? Mogą znowu zaufać złej osobie… tak jak my.
-Zrobią to co będą chcieli- odezwała się Lucy.- Albo będą chcieli żyć w spokoju albo będą chcieli uratować Alkeję. Rozumiecie?

Nie. Mnogość słowa "chcecie" odwróciła moją uwagę, więc będę rada, jeśli powtórzysz, tylko bez powtórzeń!

Nie chcę żeby Mark walczył, ale na pewno zrobi to co słuszne. A to że będą razem mieli wszystkie pięć mocy to im tylko pomoże.
   Nigdy bym się nie spodziewała żeby Lucy kiedykolwiek coś takiego powiedziała. Zazwyczaj była skromna, pamiętała jak po raz pierwszy zobaczyła jak skaleczyłam się w palec na widok krwi zemdlała. A teraz prosto z mostu mówi że jest w stanie pozwolić własnemu synowi walczyć.
   Zamrugałam kilka razy jakbym chciała się przekonać czy naprawdę to powiedziała.

Gdzie jesteście, przecinki? Gdzie jest wasza pomoc? Jakiej mej pomocy chcecie wy same, gdy znikacie z opka? *Na melodię piosenki Grzegorza Turnaua "Gdzie jesteś gwiazdo?"*

-Przecież nie będą walczyć teraz, zrobię wszystko aby byli przygotowani, żeby przeżyli i żeby ją pokonali- dodała jeszcze Lucy.
   Nadal nie mogłam uwierzyć że te słowa wypadły jej z ust. Znowu zapanowała cisza tym razem to my wpatrywaliśmy się w Lucy.
-Mówisz poważnie?- zdziwiłam się.
-Dlaczego nie? Chcę żeby Alkeja była wolna, a tylko nasze dzieci mogą to zapewnić, ich moce- ciągnęła dalej.- Nie chcę żeby walczyły bo wiem z czym to się wiąże. Wiem, że zrobią to co słuszne- pogładziła delikatnie dłonią blade czółko Marka a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
   Nie mogłam uwierzyć że ten niemowlak kiedyś będzie musiał wziąć udział w okropnej wojnie, tak samo jak moje dzieci, że zginął.

Chyba już wiem, jaka jest moc dziecka Lucy - umie umierać w momencie, gdy się wspomina o jego przyszłym udziale w wojnie.

[Samantcha (pfff, że też to piszę) rozkazuje - nie prosi, rozkazuje - przyjaciółkom wyjawić w przyszłości swoim dzieciom prawdę o ich mocach, żeby przygotowały się na spotkanie z "nią". Kimkolwiek ta "ona" jest.]

Część pierwsza: 17 lat później
Rozdział 1: Naomi

Zanim zaczniemy, dodam, że każdy post zostaje nazwany imieniem występującego w nim narratora pierwszoosobowego.

 Nazywam się Naomi Winslet. Właśnie siedzę obok mojej nie normalnej siostry która pisze po kryjomu sms’y pod ławką.

Oficjalnie stwierdzam, że nie_domiar przecinków robi się nie_pokojący, a stawianie spacji w przymiotnikach z "nie" jest nie_zgodne z gramatyką.

 Geografia była prze zemnie (Tfu tfu! odejdź od_emnie!) najmniej lubianym przedmiotem. Nie dlatego że jest to nudny przedmiot czy mamy głupią nauczycielkę. Na ogół pani Siegfried jest najbardziej lubianą nauczycielką. Już na początku roku zdecydowała że uczniowie mają siedzieć alfabetycznie, a że ja i Elizabeth jesteśmy siostrami i nosimy te same nazwisko musimy siedzieć w tej samej ławce. I właśnie za to nienawidzę geografii. Za mną siedzi mój brat- Ben z Mary Wheller, jest tak samo niezadowolony z swojego miejsca jak ja. 

Jeśli uczniowie mieli usiąść alfabetycznie, to Ben musiałby siedzieć przed siostrami, bo pomimo tego samego nazwiska jego imię zaczyna się na literę będącą bliżej w alfabecie niż pierwsze litery imion dziewczyn.

Cała nasz trójka jest trojaczkami ale każdy z nas różni się tak samo wyglądem jak i zachowaniem. Ben jest przystojnym, wysokim chłopakiem. Ma ciemnoblond włosy, które zawsze sterczą mu w wszystkie strony, granatowe oczy i nieskazitelną cerę. Wiele dziewczyn uważa że jest jednym z najładniejszych chłopaków w szkole. Elizabeth natomiast ma piwne oczy, które zawsze podkreśla czarną kredką, cera każdego dnia była coraz ciemniejsza pod wpływem czerwcowego słońca. Ciemnoblond włosy sięgały do ramion, szczerze wołałabym mieć jej wygląd ale pod żadnym pozorem charakter. Moja siostra była strasznie arogancka i bezczelna, często z powodu swojego karygodnego zachowaniu (odmiana przez przypadki taka trudna) musiała odwiedzać gabinet dyrektora. [...]
   Najbardziej chciałabym zmienić swój wygląd. Mam rude włosy i piwne oczy, bladą cerę. Mój ojciec zawsze powtarza że jestem podobna do swojej zmarłej matki. W tym musiałam mu przyznać rację, patrząc na siebie i na stare zdjęcia mojej mamy, jesteśmy niemalże identyczne.

Tak mnie zaintrygował opis "różniących się wyglądem i zachowaniem" trojaczków, że musiałam to sobie narysować:

Opaloną twarz Elizabeth zrobiłam, ale jak wygląda nieskazitelna cera? [roboczo przedstawiłam ją jako błyszczącą]
Gdybyście dostali taką grupkę przed oczy, to domyślilibyście się, że cała trójka urodziła się tego samego dnia i rodziła ich ta sama kobieta? To jest po prostu ignorancja genetyki!

-Mogę wyjść do ubikacji?- usłyszałam za sobą głos Bena.
   Już po raz drugi na tej lekcji prosi o wyjście. Zdarzało mu się to tylko na geografii aby za wszelką cenę uniknąć towarzystwa Mary, która była w nim zakochana tak jak połowa dziewczyn w klasie. Ale ona uczepiła się go jak kot ogona.  

  
Przepraszam, ale kot przy ogonie (i na odwrót) jest zazwyczaj o narodzin do śmierci. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby kot uczepił się ogona, a zastosowanie tego wyrażenia jako porównania wywołało w mojej wyobraźni nieporozumienie. *próbuje się uspokoić* Może chodziło o rzepa na psim ogonie?
[...]
Nauczycielka wywróciła teatralnie oczami i ruchem ręki przekazał mu żeby wyszedł (zmieniając płeć). Po drodze rzucił spojrzenie do Lizzy znaczące ,, nie wytrzymam z nią”. Jedyną rzeczą która mogła go teraz pocieszyć było to że zbliżał się koniec roku szkolnego przez co będzie mógł być z dala od natrętnej Mary. Zapewne po lekcji usłyszę od niej niestworzone historie o miłosnych liścikach które po kryjomu podawał jej Ben. 

Z tego co tu widzę, przecinki już mają wakacje, bo ich nie ma. Znowu. Cały akapit totalnie bez najmniejszego nawet przecineczka! Zaraz... Początek cudzysłowu to dwa przecinki!

[Wszyscy oczekują dzwonka na przerwę, a potem wybiegają z okrzykiem radości z klasy, bo to była ostatnia lekcja przed wakacjami.]

Ja wyszłam powoli na samym końcu żeby uniknąć stratowania przez grupę nastolatków. Przy drzwiach czekała moja przyjaciółka Sara Huffman. Była wysoką brunetką z czekoladowymi oczami i rumianymi policzkami. Kolejna osoba której urodę chciałabym mieć.
-Charlie Jones prawie mnie staranował- zachichotała.

O ile ten cały Charlie nie jest wymarzonym Tró Lowerem Sary to dziwię się, że dziewczyna cieszy się z wizji zostania staranowaną przez kogoś...

-Ja tam mam nadzieję że w następnym roku pani Siegfried usadzi mnie z kimś normalnym. Nie chcę już siedzieć z Lizzy, przez całą lekcję piszę sms’y do Bena, siedzi tuż za nią- powiedziałam.

Zastanawiam się, w jakich czasach żyją bohaterowie, że w kwestii miejsc siedzących podczas lekcji są zdani na łaskę nauczyciela. Mnie takie przykrości robiono w podstawówce; dziewczynki musiały siedzieć z chłopcami, a jako że dziewczynek było mniej niż chłopców, to ci pozostali mieli fajnie.

- Przeszkadza mi, przez to tak kiepsko napisałam wszystkie testy z geografii.
-Nie przesadzaj i tak miałaś o jeden stopień wyższą ocenę niż ja- zaczęła Sara, zazwyczaj musiałam jej pomagać w nauce ponieważ miała dyslekcję (czytaj: dysleksję).
-Nie gadajmy już o szkole- poprosiłam ją.
-Dobra- westchnęła- Ja tam się cieszę że przez całe dwa miesiące nie włożę tego durnego mundurka- mówiąc to zdjęła krawacik który był częścią szkolnego stroju i schowała go do torby.

To w Stanach tak się traktuje szkolne ubranie pod koniec roku? Bo jesteśmy w Stanach, co nie?

-Idziemy jutro na pizzę?- zapytałam.
-Może. Ale dlaczego nie weźmiesz swojego brata i siostry?- po raz kolejny się powtarzała. -Nie udawaj znowu psychologa. Powtarzam ci za wszelką cenę że ich nie lubię a oni nie lubią mnie, a po za tym wiem że chcesz się spotkać z Benem- warknęłam.
  
Gdyby to mnie koleżanka zapytała, dlaczego nie zabiorę swojego rodzeństwa na nasz wypad na pizzę, to bym jeszcze dodała, że to nie ich interes i nie widzę sensu w targaniu ich wszędzie ze sobą tylko dlatego, że są moim rodzeństwem.

-Ja tam zawsze marzyłam żeby mieć rodzeństwo- westchnęła.- A jeszcze w tym samym wieku… tak przystojnego brata…- rozmarzyła się.
-Mówiłam ci już że hoduje ropuchę w akwarium?- zapytałam z kpiącym uśmieszkiem.
-Nie raz, i nie dwa. Ale mimo tego jest taki cudowny. 

Zastanawiający jet fakt, dlaczego niektóre dziewczyny marzą o braciach nieprzeciętnej urody, skoro i tak nie mogliby z nimi być ze względu na pokrewieństwo...

-Cudowny? Żyje z nim pod jednym dachem i wcale nie jest taki cudowny. Gdyby nie to że Lizzy jest jego siostrą już dawno by się ożenili.
-Wydaje ci się. Oni po prostu dobrze się dogadują a ty nie i wydaje mi się że jesteś o to zazdrosna.
-Nie jestem wcale zazdrosna!- oburzyłam się- Dlaczego tak sądzisz?
-No dobra, dobra. Tak mi się powiedziało. Sorki.
-Widzimy się jutro?- zapytałam kiedy Sara podążyła w stronę swojego autobusu.
-Oczywiście!- krzyknęła w biegu.
   Skierowałam się do swojego autobusu, usiadłam jak najdalej od swojego rodzeństwa, jak zawsze. Tylko ja nie rozmawiałam z nikim bo zazwyczaj kumplowałam się tylko z Sarą. Kto by się przejął Naomi Winslet- zwyczajną kujonicą.
   Miałam tyle szczęścia że przystanek był rzut beretem od naszego domu i nie musiałam się narażać na towarzystwo rodzeństwa. 

Ach, to pokazanie, jak bardzo Naomi nie cierpi brata i siostry! Kolejna z tych ludzi, którzy nie byliby sobą, nie mówiąc głośno i zawsze o swoich problemach i nie doprowadzając tym obecnych do szewskiej pasji.
 
 Nasz dom wyróżniał się wielkością od innych budowli. Był to wielki, nowoczesny biały budynek. Nasz ojciec był szefem dużej firmy przewozowej więc mógł sobie pozwolić na wybudowanie takiego wielkiego domu. Ledwo co przekroczyłam próg furtki w moją stronę pognał pies, wielki jak sarna bernardyn. 

Cóż, ta rasa psów jest tak charakterystyczna, że przyrównanie jej wielkości do sarny wydaje się być zbędna. Choć prawdą jest, że samiec bernardyna osiąga wysokość w kłębie 90 cm, czyli tyle samo co sarna, natomiast jest zdecydowanie cięższy; może osiągać ponad 100 kilo, a sarna - zaledwie 35 kg. [źródło informacji: Wikipedia]. 
...
Dobra, koniec z naukowym przynudzaniem na dziś! 

[Beniamin i Elżbieta postanawiają zrobić imprezę z okazji wakacji. Oczywiście Naomi zaczyna marudzić...]

-Hej John. Wpadniesz jutro do nas? Robimy małą imprezę- od razu usłyszałam jak Lizzy mówi do słuchawki.
-Macie swoje telefony- warknęłam.- Z tego tato korzysta do spraw służbowych.
   Ben wzruszył ramionami i wybrał kolejny numer zapraszając kolejną osobę. Dzięki Bogu zgodziło się tylko sześć z dziesięciu przez co nie musiałam martwić się że dom wyleci w powietrze.

Co ja patrzę? Przecinki widocznie mają podobne zdanie o domówkach, co Naomi, tyle że one się nie bimbalą, tylko od razu pakują manatki i jak ktoś spyta o to opko, to się wyprą.

 Drzwi otworzyły się a do środka wszedł mój ojciec(patrzcie na nią! Nawet ojca swemu rodzeństwu odmawia i określa go mianem swojego)- Percy Winslet. Jak na szefa firmy wcale tak nie wyglądał. Nosił zwykłe jeansy i letnią koszulę. 

Doprawdy? A autorytet dla podwładnych i ogólna etykieta pracy w biurze to pies jak sarna?

 Czasami zdarzało się że ubrał garnitur, ale tylko wtedy kiedy miał jakąś konferencje czy musiał podpisać kontrakt. 

 No to ma w tej pracy "haj lajf" w porównaniu do innych szefów dużych firm, którzy muszą zawsze chodzić do pracy w garniturach, bo taki jest obowiązek.

Moim zdaniem wyglądał jak starsza wersja Bena. Za nim do domu wpadł Borys obwąchując siatki z zakupami. Percy poprawił okulary i rzucił zakupy na fotel.

Już drugi raz w życiu spotykam się z przypadkiem, kiedy nastolatka mówi o rodzicu po imieniu. To są przejawy jakiegoś wymierającego zwyczaju polskich rodzin czy autorce zabrakło synonimów do słowa "ojciec"?
 
-Możemy zaprosić kilku znajomych jutro?- zapytała od razu Elizabeth.
   Ta.. (kropki, plz!) kilka- pomyślałam.
-Oczywiście, Ben dzisiaj ty pomożesz mi zrobić kolacje- odpowiedział.
   Z kończyło się tym że Ban niosąc garnek spagetchi wywrócił je na podłogę rozlewając wszędzie sos.

Dobra, o przecinkach nie będę się rozpisywać. Jednak nie mogę przeboleć, co się stało z ostatnim zdaniem...
Raz: pisze się "skończyło", a nie "z kończyło".
Dwa: skąd znalazł się tam jakiś Ban?
Trzy: Spagetchi to jakieś japońskie kluski, że Ban wywrócił je na podłogę? W takim razie sos do nich pewnie nazywa się bolotchese.

-Dzisiaj chyba zamówimy pizzę- powiedział nasz ojciec z trudem powstrzymując się od śmiechu.

Cóż, być może czujecie się rozczarowani, że do tej pory nie pojawiło się nic w klimacie fantasy. Brakuje sekretów i wielkiego zwrotu akcji w życiu bohaterów...
Głowy do góry! Przecież mieliśmy wczoraj mikołajki! Z tej okazji daję wam więcej materiału, a w nim: podróż na ostatnią chwilę, dalsze przejawy konfliktu rodzeństwa i pierwsze tajemnice.  

Rozdział 2: Elizabeth (Ilekroć czytam to imię, wyobrażam sobie Elizabeth z "Piratów z Karaibów". Czemu?!)
 Siedziałam na trawie oparta o grzbiet Borysa. Obok mnie siedział blond włosy chłopak- John Waller, nad brzegiem basenu leżał Ben rysując coś po tafli wody. Minęło już dwa tygodnie wakacji a ten dzień zaliczaliśmy do jednych z najbardziej upalnych.
-Nudzi mi się- powtórzyłam po raz kolejny.
   John z podniósł głowę popatrzył na mnie swoimi miodowymi oczami i powtórzył za mną.

Miodowe oczy... *liczy coś w głowie* Nie, jest wciąż za mało określeń na top listę.

-Mi też się nudzi…
-Mi też…- mruknął Ben.
-Zaprosić Rose?- zapytałam, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam.
-Przecież jest na tym obozie, jak to było ,,Heros”, czy coś…- wytłumaczył Ben.
-Nie ,,Heros” tylko ,,Glawiator”- poprawiłam go.

 "Glawiator"? To słowo jest tak dziwne, że potrzebowałam pomocy ludzi z forum, aby skonstruować komentarz. W końcu wysnułam wniosek, że Rose pojechała na warsztaty wyrobu glewii (broń) albo na kurs cieszenia lotników. O choroba, jak to brzmi...

-Na jedno wychodzi… i tak jej nie ma.
-No to chyba została nam tylko wasza siostra- zażartował John.
-To może popływamy?- zaproponowałam.
-Nie chce mi się…- mruknął Ben.
-A co tobie się chce? Przecież lubisz pływać- warknęłam.
-Ale w taki upalny dzień mi się nie chce.
-A myślisz że woda jest gorąca?
-Pewnie tak.

-Ale z nich śmierdzące lenie. Prawda Borys?- zwróciłam się do psa drapiąc go po brązowej plamie nad uchem.
-Przez ten upal zwariowałaś że gadasz do psa- odezwał się John.

Przepraszam, ale co złego jest w mówieniu do psów? One są o tyle lepsze od ludzi, że nie komentują i lubią swoich panów takimi jacy są, dopóki dostają od nich jedzenie i regularne drapanie za uchem.

-Chyba przez to że gadam do ciebie.
-Nie denerwuj mnie.
-Lizzy!- krzyknął nasz ojciec wybiegając za domu.- Macie godzinne na spakowanie się.
-Co?!- zakrztusiłam się własną śliną.- Ale gdzie?
-Zobaczycie. Za dwie godzinny mamy samolot.
-Sa-sa-sa-samolot?- wyjąkał Ben.
-Macie się spakować, no jazda.
Drugi tydzień wakacji. Wylegujesz się na dworze podczas upału i zastanawiasz się, co sensownego mógłbyś robić, kiedy nagle ktoś przychodzi i ot tak wyjeżdża z tekstem, że trzeba się pakować, bo samolot odlatuje za dwie godziny. Co robisz?
a) Posłusznie wstajesz i bez słowa idziesz się spakować
b) Próbujesz się dowiedzieć, dlaczego, do cholery, nie zostałeś powiadomiony o wyjeździe wcześniej
c) Stwierdzasz, że przez upał widzisz fatamorganę i wylegujesz się dalej
 Pobiegłam za ojcem który wszedł do domu przez taras.
-Gdzie jedziemy?
-Teraz to nieważne, na pakujcie się- powtórzył po raz kolejny.
-A na ile jedziemy?
-Na tydzień- zniknął w drzwiach swoje sypialni.
Och! Zaczynają się te wstrętne tajemnice!
[...] 
 Sama nie wiedział co spakować. Wyciągnęłam z szafy kilka bluzek, dwie pary szortów, kurtkę sportową, bluzę, adidasy, trampki, bieliznę. Co jeszcze? Popatrzyłam na zegarek. Czterdzieści minut. Szybko wzięłam pozostałe rzeczy z pokoju i pognałam do łazienki po kosmetyczkę. Tam natknęłam się na Naomi. Ona też pakowała swoje rzeczy ale nie odzywała się do mnie ani słowem. Kilka razy przejrzałam rzeczy w walizce, cały czas wydawało mi się że czegoś zapomniałam… Borys! Jak mogłam o nim zapomnieć?
Lizzie zajrzała do walizki, myśląc, o czym jeszcze zapomniała i pomyślała o psie... W pierwszej chwili stwierdziłam, że ona chce wpakować psa do walizki. *śmiech* Autorko, litości!
[Pakują bagaże do samochodu. W międzyczasie Lizzie przekonana, że Naomi wie coś o wyjeździe próbuje się czegoś dowiedzieć, jednak tamta też nic nie wie. Wyruszają spod domu, a ojciec wciąż jest nieugięty.]

-Chcę wiedzieć gdzie jedziemy- powiedziałam głośno.
-Ja tez chce wiedzieć dlaczego muszę cały czas latać do szkoły przez twoje wybryki-odpowiedział spokojnie nie spuszczając drogi z oczu.
   Założyłam ręce na piersiach i znów cicho przeklęłam. Tym razem usłyszeli to wszyscy.
-Lizzy!- krzyknął tato hamując gwałtownie przed światłami.
-No sorki- warknęłam i znowu założyłam ręce na piersiach.
  
Jest tyle określeń na sytuację, kiedy bohater wchodzi w stan poddenerwowania podczas dialogu, a u tej autorki wszyscy warczą! Może jeszcze wyją?

Nie odzywałam się już do końca myśląc o tym gdzie możemy jechać. Ale ja głupia! Przecież jest tysiąc miast i nawet nie mam pojęcia a wszystkich nie przenalizuje. Chyba że… Grecja. W tamtym roku prosiliśmy tatę żeby zabrał nas tam.
   Stanęliśmy na parkingu z którego już było widać wyjeżdzające z pasu startowego samoloty.
-Szybko- pośpieszył nas tato patrząc na zegarek.- Mamy dwadzieścia minut.
   Szybkim marszem ruszyliśmy w stronę lotniska. Dotarliśmy w samą porę kiedy tylko ostatni pasażerowie wchodzili do samolotu.
Albo bohaterowie byli strasznie daleko od swojego samolotu albo ich marsz nie był taki szybki... Poza tym, co z formalnościami na lotnisku, że oni tak zaraz na parkingu się znaleźli?
  Nasz ojciec wyciągnął z kieszeni cztery bilety, już wcześniej planował ten wyjazd. Borysa wpakowaliśmy do klatki, miał jechać w innym przedziale z Bertą [ropucha Bena].
   Samolot miał trzy rzędy a w każdym po trzy fotele. Tato usiadł jak najdalej nas zapewne po to by uniknąć kolejnych pytań.
Coś malutki był ten samolot, skoro miał tylko dziewięć miejsc (trzy rzędy po trzy fotele to dziewięć miejsc. Logiczne). A zatem ojciec nie usiadł zbyt daleko od nich.

-Samolot Nowy York do Charlotte startuje- rozległ się głos stewardesy z głośników.- Proszę zapiąć pasy.
   A więc lecimy do jakiegoś Charlotte. Sprawdziłabym w telefonie gdzie jest to miasto gdyby nie to że tu nie można używać telefonu. Wysłałam znaczące spojrzenie do Bena. Naomi z nachmurzoną miną patrzyła przez okno samolotu gdzie teraz było widać miasto z klocków lego.
A skąd znalazło się tam miasto z klocków lego? To był jakiś eksponat na parkingu?
  Leciałam już kilka razy samolotem więc nie zachwycałam się za bardzo widokami. Przez cały czas rozmawiałem z Benem. Najwięcej o tym czy Charlotte nie jest w Grecji, też popierał wersję że właśnie tam jedziemy. 
Ja to bym wzięła na logikę, że miasto o nazwie Charlotte leży prędzej we Francji niż w Grecji. Cóż, widocznie logika bohaterów opka pracuje inaczej.
 Niebo za oknem było już całkiem ciemne a widoki przysłaniały ciemne chmury. Odrzuciłam nadzieję że lecimy do Grecji bo na pewno nie szybowaliśmy przez ten czas nad oceanem.
A skąd ten wniosek? Chmury akurat układały się w napis: "Teraz nie lecimy nad oceanem", a Elżbieta to przeczytała?  
 Naomi już dawno drzemała z opartą głową o szybę przez co jej rude włosy przysłoniły to co się dzieje za oknem. Szybowaliśmy cały czas na południe przez co zdawało mi się że w końcu dolecimy na Antarktydę. W końcu ja też zaspałam.
Tja, zaspała na koniec rozdziału. 
Tutaj pożegnamy się z trojaczkami i ich ojcem, ale wkrótce nasi bohaterowie wylądują w miejscu przeznaczenia, gdzie zetkną się z kolejnymi sekretami...   
Pozdrawia was gotująca spagetchi w sosie bolotchese Deni.